..::Marek [NAP]iórkowski::.. //strona oficjalna//

..::21 pytań::.. //fusion.pl//
Wywiad

 

1. Dlaczego zostałeś muzykiem?
Zostałem muzykiem tylko i wyłącznie z miłości do muzyki. Przez bardzo długi czas nie przypuszczałem, że zostanę zawodowym muzykiem. Bardzo długo czułem się amatorem. Wydawało mi się, że jest to tak fantastyczny sposób na spędzenie życia, że musi być dany wyłącznie wybranym. W pewnym momencie okazało się, że ja również mogę uprawiać ten zawód i misję muzyka.

2. Wykształcenie zawodowe?
Muzyczne - prawie zerowe. Dwie klasy szkoły podstawowej w klasie skrzypiec (między 7 a 9 rokiem życia), następnie jedna klasa w szkole średniej na kontrabasie. Tu ciekawa sprawa. Ja pochodzę z Jeleniej Góry. Zapewne zapisałbym się do szkoły muzycznej do klasy gitary ale takowej nie było. W przypadku gitary istnieje odwieczny konflikt - na gitarze klasycznej gra się pazurkami a ja byłem poważnie zakręcony na straszną muzykę wykonawców, którzy nie biorą jeńców.

- Jakiej muzyki wtedy słuchałeś?
Głównie bluesowej, starego rocka - Led Zeppelin, Jimmy Hendrix - te rzeczy. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że może warto to moje wykształcenie jakoś skompletować. Kontrabas też ma struny, co prawda cztery (śmiech). No i zacząłem na ten kontrabas uczęszczać. Trafiłem na nauczyciela, który jakkolwiek bardzo miłym człowiekiem był ale kompletnie nie znał się na metodyce nauczania i chciał ze mnie zrobić wirtuoza w bardzo krótkim czasie. Za bardzo pochłaniała mnie gitara, jazz i matura więc podziękowałem. I tak się skończyło moje wykształcenie muzyczne. Jeżeli chodzi o wykształcenie pozamuzyczne, studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim przez pięć lat kierunek, który niezbyt absorbował mój czas (poświęcałem się wtedy muzyce). Przykładnie skończyłem wszystkie przedmioty. Mam absolutorium, pół pracy napisałem ale potem były koncerty i jakoś... Jestem niepełnym magistrem.

- A przyznasz się czego miałeś być magistrem?
Pedagogiki kulturalno - oświatowej.

- KO-wiec!!! (śmiech)
Oczywiście, KO-wiec! Wcale nie było tak nudno. Liznąłem trochę kierunków ogólno - humanistycznych, poza tym nie ukrywam, że powody były następujące: zapisać się na takie studia, które nie "utrudnią" mi zostania gitarzystą, i które będą we Wrocławiu (bo tam chciałem się przenieść).

3. Pierwszy instrument?
Skrzypce. Do dzisiaj leżą na szafie w domu rodzinnym w Jeleniej Górze. Niestety była to miłość nieodwzajemniona (śmiech). Jako dziecko nie wciągnąłem się. Wolałem kopać piłkę z kolegami. I tak się skończyła ta przygoda.

- A pierwsza gitara?
Gitara nieśmiertelnej marki Polmuz. Klasyczna, nie wiem, czy akustyczna, nie wiem jak to nazwać... Pudło. To najbardziej oddaje jakość tej gitary.

- Masz ją?
Nie, nie wiem gdzie jest, kompletnie...

- Za parę lat mógłbyś sprzedać za duże pieniądze!
Na bank! Na Stadionie Dziesięciolecia.

4. Z kim zagrałeś pierwszy zawodowy jam session?
Tutaj się zaczyna ważny aspekt mojej drogi muzycznej. Najpierw, jak już powiedziałem, interesowałem się muzyką bluesowo - rockową - Hendrixem - tego typu rzeczami. To się działo w Jeleniej Górze, gdzie z kolegą, z którym do dzisiaj współpracuję - Arturem Lesickim (jesteśmy w ogóle z jednej ulicy, stąd się bardzo dobrze znamy) razem zaczynaliśmy granie. Mieliśmy zespół bluesowy, który cieszył się lokalną "sławą". Jako reprezentanci jeleniogórskiej sceny muzycznej zostaliśmy kiedyś wysłani przez Dom Kultury na warsztaty jazzowe do Chodzieży. Mniej więcej jak miałem 15 lat. (Tu uwaga do młodych czytelników tego wywiadu. Nie chciałbym epatować kombatanctwem, ale to były zupełnie inne czasy. Dostęp do materiałów był nieporównywalnie inny. Żeby zobaczyć video z Hendrixem musiałem jechać do Wrocławia, bo wiedziałem, że na targach muzycznych będzie coś takiego. Nie było płyt. Były kasety przegrywane z radia itd., teraz rozwój muzyczny młodych ludzi następuje na pewno dużo szybciej. Mimo to, cieszę się, że załapałem się na końcówkę takich dziwnych ale ciekawych czasów).
Na te warsztaty do Chodzieży pojechaliśmy. To był 1985 albo 1986 rok - jakoś tak. Załapałem bakcyla. Nie wiedziałem zupełnie o co chodzi, na czym to polega, natomiast czułem wolność, jaką daje ta muzyka - niebywałą; improwizację, swobodę i feeling, rytm i radość. Z racji moich wcześniejszych zainteresowań najbardziej fascynowali mnie wtedy gitarzyści tacy jak Metheny, Scofield, czy Mike Stern. Pojechawszy do Chodzieży odkryłem takich muzyków jak Wes Montgomery, Joe Pass, Kenny Burrell itd. Zacząłem wówczas poznawać język muzyki jazzowej, be bop, wszystkie te sprawy... Strasznie mnie to zakręciło. Wtedy pewnie, na tych warsztatach, po raz pierwszy zagrałem na jakimś jamie.

- Nie pamiętasz z kim?
Ogromne wrażenie zrobił na mnie "Ptaszyn" Wróblewski. Ptaszyn prowadził nasz warsztatowy zespół, zachęcał do grania na jamach i po prostu grał z nami. Kilka lat później miałem przyjemność grać w jego zespole jako muzyk profesjonalny. To było dla mnie coś fantastycznego, gdyż zobaczyłem człowieka, który jest wciąż młody duchem i oddany muzyce. W pełni nas zaakceptował. Bardzo chciałbym w jakiejś swojej działalności pedagogicznej (a robię takie rzeczy - uczę na warsztatach) w tak fajny sposób wprowadzać ludzi w świat muzyki. Mogę tu też wymienić Jarka Śmietanę, do którego wtedy przyjechałem uczyć się. Też nam bardzo pomógł kontakt z nim.

5. Najciekawsze płyty, na których grałeś?
Jeszcze są przede mną - mam nadzieję, bo szczerze mówiąc nie ma ani jednej takiej płyty, którą jakoś specjalnie wyróżniam.

- Nie było takiego miejsca, że zagrałeś i powiedziałeś: kurde, coś się stało, coś się wydarzyło?
Myślę, że wiele razy dużo lepiej zagrałem na koncertach, mam tego świadomość, niż to co nagrałem na płytach. Jestem zwierzęciem koncertowym i bardzo udziela mi się atmosfera jakiejś wymiany i tego "tu i teraz", które się dzieje. W studiu bywa różnie, lampka świeci w twarz... natomiast wydaje mi się, że najlepsze płyty jakie nagrałem pod względem swojej na nich roli to obydwie płyty Funky Groove (jedna jeszcze się nie ukazała), płyta z zespołem Dorota Miśkiewicz Goes to Heaven i płyta, która być może się ukaże (na razie jest to owiane tajemnicą) - z koncertu z Anną Maria Jopek ze składem bardziej jazzowym (Darek Oleszkiewicz, Henryk Miśkiewicz, Czarek Konrad).

6. Twój idol muzyczny i pozamuzyczny?
Pozamuzyczny - Michael Jordan z NBA (śmiech). A tak na poważnie - trudno byłoby mi tutaj wybrać jedną osobę zarówno w muzycznej jak i niemuzycznej kategorii. Niech więc dla żartu zostanie Michael Jordan jako symbol nadprzeciętności, symbol niezachwianej woli walki do końca. Uważam, że jest to najbardziej charyzmatyczny sportowiec od wielu lat. Teraz świat sportu i przemysłu, również muzycznego, opanowany jest przez media i pieniądze. Michael Jordan, mimo, że od wielu lat jest najbogatszym sportowcem świata, nic nie utracił z pierwotnej, młodzieńczej pasji i miłości do tego co robi. Pozamuzyczny - Michael.

- A muzyczny? Ktoś kto miał na ciebie największy wpływ albo w tej chwili - ktoś, kogo najbardziej poważasz?
To strasznie skomplikowane. Jednej osoby na pewno nie zdołałbym wymienić. Fascynuje mnie szerokie spektrum, muzyka, która nie jest określona gatunkami. Wielką osobowością świata muzyki w ogóle, kimś kto naprawdę zrobił coś niezwykłego był dla mnie Miles Davis. Może w ten sposób bym to w tym momencie spuentował. Mam wielu swoich faworytów ale nie mam takiej jednej osoby, która stanowi dla mnie wzór i która jest kimś naj. Chyba nie. Shorter, Jarrett... Jest ich wielu.

7. Najważniejszy punkt zwrotny w karierze?
W takiej wczesnej, jakby to nazwać śmiesznie - nie wiem czy to była kariera - podjęcie decyzji, by założyć zespół i pojechać na festiwal Jazz Juniors. To miało miejsce w 1991 roku. Założyłem zespół, który grał moje kompozycje.

- Jak się nazywał?
Hurry Up. Dostaliśmy nagrodę, bodajże drugą, ja dostałem nagrodę indywidualną i chyba po raz pierwszy ktoś zwrócił wtedy na mnie uwagę. Do pierwszego zespołu profesjonalnego, w którym grałem (nie licząc projektów, które sam knułem) zaprosił mnie Zbyszek Lewandowski. Jestem mu wdzięczny za to, że dzięki grze w jego zespole miałem okazję poznać mnóstwo muzyków z polskiej sceny.

- Wszedłeś w środowisko?
Tak. Grając w jego zespołach spotykałem ludzi, z którymi potem grywałem w innych formacjach.

8. Dream team. Z kim chciałbyś zagrać jam albo nagrać płytę?
Na perkusji Peter Erskine, którego straszliwie cenię za uniwersalność i muzykalność. Podam dwa składy. Jeden będzie bardziej big beatowy ale nie do końca, nie chodzi o funk, fusion. Peter Erskine będzie w tym składzie - człowiek, który potrafi zagrać świetny groove ale także potrafi odlecieć, zamalować, zaczarować - on będzie grał na bębnach. Na basie w takim zespole electric będzie grał Jaco Pastorius, jeżeli jest to dream team - na pewno "potworny" Jaco, na gitarze ja (śmiech) i na saksofonie kto... To wychodzi tak jakbym chciał zagrać w Weather Report. Shorter na saksofonie, no i na keyboardzie Hancock albo Zawinul. Niech będzie Zawinul.

- Skończyliśmy na: drżyjcie, żałujcie "weatheraki", że nie wzięliście "Napióra" do zespołu!!!
Tak, oczywiście - to by był taki big beatowy zespół. A drugi, bardziej akustyczny zespół, to na przykład Jack DeJohnette, Dave Holland - coś takiego. I może teraz weźmiemy tego Herbiego. Herbie i ja (śmiech). Strach się bać.

9. Instrument na miarę twojego talentu, taki wymarzony?
Muszę tutaj powiedzieć, że bardzo dużą wagę przykładam do instrumentów. Krótko mówiąc - wolę jeździć gorszym samochodem a mieć lepsze gitary. Myślę, że mam już niezłe instrumenty.

- Generalnie jesteś zadowolony z tego, co masz?
Tak. Chociaż na pewno jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa w kwestii sprzętu, to uważam, że najważniejszy jest człowiek, który go używa.

10. Najlepszy moment w życiu?
Tutaj pojawia się pytanie, jak to mawiał Miles Davis - "w ubraniu czy bez ubrania?" (śmiech). Ograniczę się tylko do wersji "w ubraniu". Chyba jednak jak ja byłem na scenie (choć widziałem wiele wspaniałych koncertów), bo to szczęście, które płynie w momencie, gdy czujesz, że grasz lepiej, niż potrafisz, jest nieprawdopodobne. Świetnie mi się grało na warsztatach w Puławach jakieś cztery lata temu. Wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Tam jest taki zwyczaj, że profesorowie robią sobie zespoły, które grają w klubie. Było tam dwóch bardzo miłych Austriaków, którzy mnie zaprosili do "kompaniji" i zagraliśmy koncert, na którym coś bardzo fajnego zaczęło się wydzielać. Po tym koncercie, w jakimś nie do końca trzeźwym widzie, miał miejsce jam session, na którym grał Artur Dutkiewicz, Marcin Jahr, Adam "Szabas" Kowalewski, ja i jeszcze parę innych osób, których teraz nie pamiętam. Graliśmy przez 50 minut zwrotkę do utworu Hey Joe, bez tej słynnej, straszliwej kulminacji, tylko zwrotkę. Byliśmy tak nieprawdopodobnie szczęśliwi z groove'u jaki powstał, że bawiliśmy się fantastycznie. Nikt nie grał sola, graliśmy tylko groove. Żarło naprawdę na wysokim poziomie. Na pewno było jeszcze wiele wspaniałych momentów ale ten pamiętam szczególnie.

11. Najgorszy moment w życiu?
To musiało być w życiu osobistym, jakieś sytuacje. Może jakieś rozstania, te sprawy...

12. Hobby pozamuzyczne?
Nie ma sprecyzowanej jakieś jednej dziedziny. Nie szaleję za niczym specjalnie. Bardzo lubię literaturę. Książki. Lubię dużo czytać. Czeskich autorów - Hrabala, Kunderę. Także Bułhakowa i Marqueza. Kiedyś czytałem bardzo dużo, teraz trochę mniej, może z braku czasu. Lubię też sport. Może nie wyczynowo tak jak mój kolega Gregory Mushroom (Grzegorz Grzyb) albo Czarek Konrad, natomiast cierpię, że nie mam w Warszawie z kim pograć w kosza. Jakąś drużynę chętnie bym zmontował.

13. Ulubiony strój?
Jeansy i T-shirt dobrej jakości.

14. Używki?
O, jak najbardziej. Papierosów nigdy (tylko w kiblu w podstawówce), natomiast alkohol bardzo chętnie, który, jak wiemy - pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach. W hobby pozamuzycznym możesz też wpisać biesiada. Biesiadowanie. Mogą to potwierdzić koledzy. Jestem totalnym fanem biesiady. Uwielbiam przymendzić w dobrym towarzystwie, napić się w dobrym towarzystwie i dobrze zjeść.

15. Sex - możesz nie odpowiadać...
Niezwykle ważna sfera życia dla mnie. Mimo "nadszarpnięcia zębem czasu" ciągle stanowi dla mnie dosyć ważną sferę życia. Mimo różnych doświadczeń, najlepiej wychodzi w stałych związkach.

16. Ulubiona pozycja w menu?
Och, to jest świetny temat! Ogólnie jestem żarłokiem totalnym (patrz biesiada). Jestem żarłokiem, uwielbiam świetnie jeść. Ostatnio byłem w Grecji i kupiłem przewodnik, którego używałem głównie w celu poszukiwań restauracyjnych. Wszystkie punkty we wszystkich miastach Krety - objechaliśmy całą wysepkę i jedliśmy najlepsze żarcie, jakie sobie można wyobrazić.

- Jaką kuchnię najbardziej lubisz?
Chyba właśnie taką śródziemnomorską. "Ścierwo" morskie - zdecydowanie owoce morza, takie sprawy. Taką chyba najbardziej lubię, bo też najwięcej z tych kuchni popróbowałem (poza Polską). Ogólnie we wszystkim kręcą mnie zjawiska, które mają styl i wyraz. I tak samo jest z kuchnią. Bo z jednej strony lubię bardzo śródziemnomorską kuchnię ale podejrzewam, że jakbym pojechał na przykład do Indii i zjadł fantastyczną stylową - to chodzi o ten styl, o ukierunkowanie - indyjską kuchnię, to sądzę, że na pewno bym znalazł dużo interesujących rzeczy. Z takim samym wielkim entuzjazmem zjadłbym jesiotra z blinami i z kawiorem w restauracji w Moskwie. Generalnie kuchnia z jakimiś dużymi znamionami stylu, o tak.

17. Czy masz jakieś wymarzone auto?
Niekoniecznie. Może trochę większe, niż mam teraz.

- A czym jeździsz?
Hyundai Accent. Ponoć samochód jest przedłużeniem penisa, ale akurat nie w moim przypadku.

18. Czy jest coś co chciałbyś powiedzieć ale nikt cię do tej pory o to nie zapytał?
W muzyce nie jest dla mnie najważniejsza sprawność techniczna, umiejętności ogrywania karkołomnych akordów, bądź takie rzeczy. Najważniejszy jest przekaz, czyli wyraz. Najprościej mówiąc - czy ja się wzruszę, czy nie. Tomasz Szukalski recenzuje czasem takie nijakie koncerty mówiąc: "ani się wkurwić, ani wzruszyć". Generalnie szukam wyrazu. Chciałbym powiedzieć ludziom, że to co każdy z nas ma indywidualnego, odrębnego, powinno podlegać jak największej pielęgnacji. Będąc muzykiem jesteś narażony na wiele różnych pokus. Ja na przykład uprawiając zawód muzyka gram w bardzo wielu zespołach, bardzo różne gatunki muzyczne. Niektóre z nich są bardziej artystyczne, inne mniej. Takie są realia życia - nie mogę grać tylko tego, co naprawdę uwielbiam. Oczywiście zawsze staram się robić wszystko jak najlepiej potrafię, także w nie do końca ulubionych przez mnie zespołach, natomiast zmierzam do tego, by powiedzieć, żebyśmy rozwijali to, co mamy najlepszego. Nie traćmy koncentracji na nieważne sprawy... Muzyka popowa dostarcza mnóstwo pułapek medialnych z cyklu (jak to mawia mój kolega Zbyszek Wrombel) "Anioł Pasterzom Wmówił". Nie można się temu po prostu poddać. Trzeba zauważać to, co jest naprawdę dobre. Nie starać się schlebiać tanim gustom, nie tracić koncentracji na tym, co się robi i co się ma dobrego w sobie, bo to jest dużo ważniejsze, niż pięć minut prosperity. Pozornej.

- Michael Landau to gitarzysta, który popadł w pułapkę, bo sam jest "bezstylowy". Ale on grał u wszystkich.
Granie różnych stylów jest bardzo rozwijające, o ile staramy się zachować własną indywidualność.

- Mamy również Marcusa Millera, który przyłoży raz kciuk i już wiemy, że to on. Czy dla ciebie lepsza jest sytuacja Marcusa Millera czy Michaela Landaua?
Zdecydowanie Marcusa. Ja bardzo cenię Mike'a Landau'a, który jest fantastycznym fachowcem od soundu, od brzmienia, natomiast wolę jedną wyciśniętą ze straszliwym grymasem na twarzy nutę Scotta Hendersona, niż całą dyskografię znakomitego skądinąd sidemana Michaela Landau'a.

19. Twoja definicja fusion w sensie elektrycznego jazzu. Jakie ma cechy, które by go wyróżniły?
Sama nazwa w dzisiejszych czasach nabiera zupełnie innego znaczenia. Fusion - nazwa, która symbolizowała to, co działo się w elektrycznej muzyce w latach siedemdziesiątych. Natomiast słowo jest bardzo uniwersalne i, uważam, bardzo zgrabnie wymyślone do tego aby traktować fusion jako fuzję różnych gatunków. I to mi się najbardziej podoba. Fusion nieschematyczny, taki, w którym wszystko może się zdarzyć, może ewoluować nawet do muzyki free włącznie. Może być transowy groove ale też kompletne rozbicie tego groove'u. Musi być muzykowanie i wzajemne słuchanie się. To co ja chciałbym grać, to fusion, w którym muzyka nie jest podzielona na role. Jest improwizowana przez wszystkich członków zespołu. Cały czas wzajemny wpływ, cały czas zadymka, wymiana... to jest coś, dzięki czemu muzyka w ogóle jest bardzo atrakcyjna, bo tak to moglibyśmy w domu siedzieć i nagrywać sobie płyty na komputerze, a przez tę wymianę myśli dla mnie jest to cały czas interesujące. Lubię grać z kreatywnymi muzykami, którzy proponują. Może być tez fusion kompozytorskie - dla mnie wybitną płytą jest Altantis Wayne'a Shortera, gdzie prawie wszystko jest napisane, jest parę solówek ale jest to płyta napisana. Genialna harmonia. To jest druga strona medalu. Może być jeszcze trzeci aspekt, gdzie muzyka sama może być bardzo prosta w sensie melodyczno - harmonicznym ale siła z jaką muzycy grają - siła feelingu, rytmu, ten wyraz, o którym mówiłem wcześniej, jest tak duża, że mogą grac bluesy na trzech funkcjach i to poraża. Może przyjechać Marcus Miller i zagrać jeden prosty groove i dla mnie wcale nie jest to gorsze niż Allan Holdsworth, bądź Tribal Tech, jeżeli jest to świetnie zagrane, bo ja wtedy odczuwam emocje.

20. Twoi mistrzowie w tym gatunku?
Tylko w tym? To ja jeszcze trochę przemycę. Weather Report, Tribal Tech, Zawinul - jego osobne projekty (bardzo to cenię), oczywiście Scofield, którego cenię za całokształt. Z wybitnego gitarzysty, jeszcze 10 lat temu, przerodził się w jednego z najbardziej wpływowych żyjących muzyków jazzowych. Gość nagrał 20 płyt autorskich, ewoluował przez różne style. Fantastyczne są płyty elektryczne z Chambersem, Garym Gringerem, super płyty jazzowe nagrał wcześniej z triem Hala Galpera - muzykę postcoltraneowską. Potem miał wspaniały mainstreamowy zespół z Joe'm Lovano. Potem świetny groove'owy z Eddiem Harrisem.

- Stern?
Stern też. Jednym z największych twórców muzyki wśród gitarzystów jest Pat. Świetne są płyty w trio. Przepiękną płytą jest duet z Hadenem Beyond the Missouri Sky. Piękna muzyka, która się wymyka klasyfikacjom. Piękne ballady. Wymieniłbym też całą masę starszych gitarzystów, których niezwykle cenię, takich jak Wes Montgomery i George Benson, na którego koncercie byłem ostatnio. To przykład muzyka, który jest absolutnym geniuszem instrumentu, człowiek który jako swoją drogę wybrał poważny mariaż z muzyką popową (śpiewa czasem dosyć błahe piosenki). Zobaczyłem z bliska jaka siła od niego bije, jak on wspaniale gra na gitarze. Mimo, że gra pop, to nikt nie gra tak jazzu, w idiomie Wesa Montgomery'ego czy Kenny Burrella, jak Benson. Nieprawdopodobnie utalentowany muzyk, zwierzę muzyczne... Z młodych fajny jest Wayne Krantz. Do tej listy dołączę jeszcze Jima Halla, Billa Frisella i wspomnianego Scotta Hendersona.

- Holdsworth?
To przykład człowieka, który posuwa muzykę do przodu, poza stylami. Jest to muzyka niezwykle bogata i na pewno wymaga wyróżnienia. To nie jest gitarzysta, to jest ktoś więcej. A poza gitarzystami Shorter, Hancock, Miles, Joni Mitchel, Eddie Harris.

21. Pięć ulubionych płyt?
Tu i teraz wymieniam pięć płyt, nie jest wykluczone, że za dwa dni wymieniłbym zupełnie inne. Miles Ahead - Miles Davis z Gilem Evansem, Atlantis Shortera, Here's to Life Shirley Horn, Tribal Tech Tribal Tech, So Near, So Far Joe Hendersona.


..::prasa::.. ////

© 2005-2008 www.MAREKNAPIORKOWSKI.com