|
 |
..::Każda
gitara ma swój charakter::.. //"Top Guitar"//
wrzesień 2007, rozmawia: Piotr Nowicki
PN: Skąd
pomysł na nagranie takiej dość wyciszonej płyty, szczególnie
jeśli porównamy ją z projektami, w które byłeś do tej pory
zaangażowany jako lider bądź współlider?
NAP: Ci, którzy śledzą moją „karierę” mówiąc górnolotnie,
wiedzą, że interesowałem się ekspresyjnymi formami wyrazu.
Natomiast zauważyli pewnie, że grając w niektórych składach
bardzo się wyciszam, gram na gitarze akustycznej. Tak gram z
Anią Jopek, a na mojej poprzedniej płycie jest kilka ballad,
które są wykonane przy użyciu tego instrumentu. Pomyślałem, że
warto nagrać płytę, która tą część moich zainteresowań
wyeksploruje i podkreśli. Ponadto w natłoku tej „informacyjnej
rzezi”, którą dostarcza nam globalna wioska, ludzie potrzebują
wyciszenia i ja też tego potrzebowałem.
PN: Gdy
słucha się tego materiału słychać, że bardzo się otwarłeś jako
artysta, nie obawiałeś się takiego intymnego grania?
NAP: Ktoś mi powiedział, że w momencie gdy nagrywam taką
płytę całą na jednej gitarze akustycznej, to przechodzę w wiek
męski. Tu nie ma żadnej ściemy, bo na gitarze akustycznej - a
wszyscy praktykujący to wiedzą - jest ciężko wydobyć pewne barwy
i kolory. To było dla mnie duże wyzwanie i duża radość. W
momencie gdy zacząłem pracować nad tą płytą i ćwiczyć więcej na
gitarze akustycznej, to ona momentalnie zaczęła mi bardzo dużo
oddawać. Miałem przez cały czas kontakt z gitarą akustyczną, ale
nie w takim stopniu jak na tej płycie, więc postanowiłem
zmierzyć się z tą trudną materią.
Wspomniałeś, że otworzyłem się... Też, ewidentnie. Koncept tej
płyty, mimo iż balladowy, jest dużo bardziej otwarty niż koncept
poprzednich płyt, które nagrywałem. Koncepcja, którą przyjęliśmy
podczas nagrania przypomina bardziej muzykę z kręgu ECM, nie
gramy przesłodzonych melodyjek i nie idziemy na muzyczną
łatwiznę. Wszyscy muzycy, którzy biorą udział w akcie tworzenia,
są bardzo otwarci. Spróbowałem zagrać muzykę taką, jaka zawsze
mnie fascynowała, a nigdy właściwie tego nie nagrałem. Niby
gramy ballady spokojnie, ale każdy bardzo improwizuje.
PN: No
właśnie - na ile muzycy zaangażowani w projekt byli sidemanami,
a na ile realnymi współtwórcami materiału?
NAP: Na pewno muzycy mieli duży wpływ na efekt końcowy. Jest
na płycie utwór Beatlesów w mojej aranżacji, a reszta to moje
kompozycje. Utwory były zatem napisane, ale ilość swobody jaką
miał każdy z tych muzyków jest nieprawdopodobna. Od początku
każdy mógł poprowadzić to w dowolną stronę mimo iż były założone
pewne rytmy i koncepcje. Ilekroć zawiązywała się ta improwizacja
to czuliśmy, że coś robimy, że to jest szczere.
PN: Czy cały
materiał nagraliście za jednym podejściem?
NAP: Wszystkie utwory z pominięciem tego z Anką Jopek i Mino
Cinelu, bo ten utwór z powodu niemożności dopasowania terminu i
spotkania się z Mino w studiu był nagrywany metodą nakładkową
czyli on nagrał w Nowym Jorku, a ja i Ania nagraliśmy swoje
partie w Polsce. Wszystkie pozostałe utwory zostały nagrane w
dwa dni i były grane w taki sposób, że gramy powiedzmy dwie,
trzy wersje utworów, a w przypadku takich utworów jak cover
Beatlesów i Miró zagraliśmy jedną wersję. Mieliśmy
oczywiście próby, ale tylko z polską częścią załogi. Jest to
więc płyta naprawdę nagrana „na setkę”. Miałem to szczęście, że
muzycy, których poprosiłem, żeby zagrali na tej płycie są
doświadczonymi improwizatorami, którzy potrafili wpasować się w
mój koncept nie tracąc swojej indywidualności.
PN: Tę płytę
nagrałeś na jednej gitarze, którą wykonała Linda Manzer. Ten
instrument miał podejrzewam niebagatelny wpływ na brzmienie
albumu i klimat utworów. Czy możemy zaryzykować stwierdzenie, że
gdybyś nie miał tej gitary to nie powstałaby ta płyta?
NAP: Hmm... To interesujące... Kiedyś miałem jedną gitarę
Lindy Manzer, teraz mam już dwie. Tę pierwszą, starszą nabyłem
będąc w Toronto. Była na tyle fajna, że wpadłem na pomysł, by
nagrać płytę na gitarze akustycznej. Natomiast nieopatrznie na
krótko przed nagraniem pożyczyłem od Marcina Kydryńskiego nową
gitarę Lindy Manzer. Obejrzałem ją, zacząłem nagrywać i okazało
się, że jego jest pełniejsza w brzmieniu, choć oczywiście każda
gitara ma swój niepowtarzalny charakter. Zacząłem porównywać te
gitary i wpadłem w „psychozę”. Zadzwoniłem do Lindy, która
szczęśliwie miała gitarę z drugiej ręki, co było dużym
szczęściem, bo na nową czeka się trzy lata. I poprosiłem by mi
ją wysłała. Okazała się świetna, więc ją kupiłem i nagrałem
wszystko na tej nowej gitarze. Mając pierwszą gitarę,
teoretycznie „gorszą” i tak bym tę płytę nagrał. Dzięki temu, że
mam gitary Lindy Manzer bardzo polubiłem gitarę akustyczną i to
prawdopodobnie doprowadziło do tego, że nagrałem płytę. Te
gitary mają duszę i bardzo pobudziły moje zainteresowanie
graniem na pudle.
PN: Sądzisz,
że możliwe iż ta gitara brzmi tak niesamowicie, bo jest dziełem
kobiecej ręki?
NAP: Nie jestem fetyszystą, mam kilka naprawdę bardzo
dobrych gitar, ale traktuję je w pewnym sensie jako
„metafizyczne” meble, dzięki nim tworzę emocje, ale są to tylko
narzędzia. Natomiast Linda Manzer jest moim zdaniem
Stradivariusem naszych czasów. Wiele razy się nad tym
zastanawiałem i myślę że kobiecość odgrywa dużą rolę w tej jej
gitarowej kreacji. Linda cały czas się rozwija, udoskonala te
gitary, buduje je z różnych gatunków drewna, zmienia rozwiązania
konstrukcyjne, a mimo to każda jej gitara ma bardzo wyrazisty
wspólny charakter. Może w jakiejś mierze wpływa na to jej
kobieca wrażliwość.
PN: Znajomy
zapytał mnie: czy słyszałeś jak Metheny zaczarował Napióra?
Przeciętny słuchacz bez analizy Twoich utworów może słuchając
nowej płyty dojść do takiego wniosku. Czy po nagraniach nie
bałeś się takich porównań?
NAP: No tak... Jestem dużym fanem Pata na pudle, jego
wrażliwości. Beyond the Missouri Sky to płyta, którą
uwielbiam. Z drugiej strony od dawna nie kupuję jego płyt, choć
je znam i śledzę to, co robi. Nie jestem „Patologiem”, ale jest
to jeden z największych gitarzystów i kiedy gra w Warszawie z
przyjemnością idę na jego koncert. Ale takich ludzi, którzy
fascynują mnie swoją grą jest dużo więcej. Jeśli chodzi o
podobieństwa: brzmienie gitar Lindy Manzer jest
charakterystyczne, on to wypromował, ale nie tylko on może grać
na tych gitarach, bo są za fajne! Ja też chcę na nich grać. Z
drugiej strony faktycznie przy odbiorze tej muzyki decyduje
stopień rozróżniania niuansów. Ktoś bardziej osłuchany zauważy,
że Pat w całej karierze nigdy nie nagrał płyty takiej, w której
grając akustycznie będzie miał tak otwartą formę utworów. On
jest dużo bardziej poukładany, wszystko jest zaplanowane od A do
B. U mnie formuła jest otwarta i bardziej wzorowana na
skandynawskiej. Tyle mogę powiedzieć.
PN: W opisie
płyty znalazłem Twoje komentarze do utworów. Zastanawiałem się
jak sobie zapisujesz w głowie te pomysły, bo skoro opowiadasz,
że dany utwór opisuje atmosferę np. we włoskiej restauracji, to
czy nagrywasz lub zapisujesz sobie ten pomysł siedząc tam, wśród
ludzi?
NAP: Mam zawsze przy sobie dyktafon, coś tam sobie zapisuję,
ale będę szczery. W moim przypadku wymyślam tytuły po nagraniu
płyty. Muzyka jest dla mnie najczystszą abstrakcją, kolekcjonuję
pomysły i prawie nigdy nie myślę, że np. będąc we włoskiej
restauracji będzie Vietato Fumare. Dopiero później po
nagraniu, gdy słucham tych utworów zastanawiam się z czym mi się
kojarzą. Wyjątkiem był utwór Gotlandia, którego nie
skomponowałem bynajmniej na wyspie, ale klimat jej miałem w
pamięci i od razu wiedziałem, że ten utwór będzie się tak
nazywał. Będąc w Madrycie poszliśmy do jednej ze słynnych
galerii gdzie jest mnóstwo obrazów Miró. Miałem w głowie swój
utwór, który jest bardzo abstrakcyjny, zarazem trochę wesoły,
trochę niewiadomo jaki, dziwny i gdy zobaczyłem obrazki Miró
pomyślałem: o to jest mój utwór. Może kiedyś będzie i tak, że
skomponuję coś po zobaczeniu obrazu, ale w moim przypadku na
razie się to nie udaje.
PN:
Interesujesz się malarstwem?
NAP: Bardziej literaturą niż malarstwem, ale przez 10 lat
miałem dziewczynę, która była plastykiem i z natury rzeczy
poznałem się trochę na tym i zawsze z przyjemnością jak jestem w
dużym mieście to pójdę do galerii.
PN: A co
czytałeś ostatnio na wakacjach?
NAP: Rok temu podczas wakacji przeczytałem fantastyczną
książkę Heban Kapuścińskiego. Czytając tę książkę na
Krecie po prostu oszczędzałem rozdziały, by się nie skończyła
zbyt wcześnie.. Także Śnieg Orhana Pamuka, tureckiego
noblisty. Jeździliśmy kilka razy do Turcji z Anią Jopek,
grywaliśmy w dużych miastach i mogłem zaobserwować przejeżdżając
z miasta do miasta olbrzymie dysproporcje w warunkach życia i
mentalności mieszkańców różnych regionów. Ta książka porusza
naprawdę niełatwe tematy.
PN: Wpadł mi
w ucho utwór The Sum of All Day z metrum na 5. Opowiesz
nam o nim?
NAP: Ten utwór, z łagodną, spokojną, liryczną melodią
pierwotnie skomponowałem na 11, ale nagrałem sobie to w tym
metrum na komputerze i z czasem zacząłem myśleć, że niby to
płynie, ale po co go utrudniać? Obciąłem jedną wartość zrobiło
się 10 czyli 5. Bardzo byłem zadowolony z tego zabiegu i parę
osób, które go słuchało stwierdziło, że nie wpadłyby na to, że
nie jest to na utwór w najbardziej typowym metrum - cztery
czwarte. Dla mnie najważniejsza jest płynność, nie próbuję
pisząc utwory kogoś wprawić w jakąś zagwostkę czy wzbudzić
podziw stopniem komplikacji, po prostu chcę mieć dobrą muzykę.
Pięć w tym przypadku było naturalna drogą, tak to słyszałem.
PN: Jak udało
Ci się namówić do współpracy kogoś takiego jak Gregoire Maret?
NAP: Wpierw usłyszałem go grającego z Ravi Coltranem, potem
z Cassandrą Wilson oraz z bardzo mało znaną formacją Dapp Theory.
Dzięki temu, że w jednym z projektów Anki gram z Mino Cinelu,
który zna Mareta, poprosiłem by zadzwonił do niego i
zarekomendował mnie. W efekcie Gregoire przyjechał i zagrał na
mojej płycie.
PN: Granie z
Anną Marią Jopek dało Ci chyba niebywałą szansę by rozwinąć się
jako muzykowi?
NAP: Absolutnie tak. Przez te wszystkie lata mogłem pograć z
najlepszymi muzykami krajowymi, a także zagrać z Patem Metheny,
z Mino Cinelu, z Richardem Boną, Dhafferem Youseffem itd.. To
było coś!
Ania prócz tego, że nagrywa płyty, które się sprzedają, ma także
drugą stronę – nieprawdopodobny głód zmian, robienia czegoś
nowego. Granie u niej to nie jest ciepła posadka, koncerty mają
otwartą formę, zespół ma ogromną swobodę i występy na żywo są
bardzo wciągające.
PN: Czy jest
szansa na promocję Twojej nowej płyty poza granicami Polski?
NAP: Wszystkim zajmuje się Universal i tamtejszy szef działu
na Europę decyduje o tym czy płyta będzie wydana na całym
świecie. Tak się stało z pierwszą płytą „Funky Groove” co było
niezwykłe, bo wiem, że w kolejce czekały płyty takich tuzów jak
John McLaughlin czy Christian McBride. Po czasie dowiedziałem
się jakie były kulisy tej decyzji i jakie mieliśmy szczęście.
Płyta Wolno jeszcze do Londynu nie dotarła. Liczę, że
może ją wydadzą, ale dużo trudniej niż wydać jest zachęcić
ludzi, by ją chcieli kupować. Z drugiej strony ludzie zza
granicy kupują płyty przez Internet, także z Polski.
PN: Wypada
wspomnieć o bardzo dobrej realizacji dźwięku na Twojej płycie.
Czy to faktycznie realizator jest odpowiedzialny za zaklęcie
brzmienia Twojej gitary w strumienie cyferek?
NAP: Bardzo chciałbym w tym miejscu podziękować i wyróżnić
Tadeusza Mieczkowskiego. Moim zdaniem to nagranie mógłby używać
jako swoje demo jeśli chodzi o nagranie i zmiksowanie małego
zespołu akustycznego. Współpracujemy ze sobą od dawna, bardzo
się lubimy, ale to, co wyczarował teraz, nie tylko z gitary, ale
z wszystkich instrumentów to jest dla mnie absolutny audiofilski
poziom światowy. Jest to jego zasługa a także moich wspaniałych
kompanów - współproducenta płyty Roberta Kubiszyna (kontrabas),
Michała Tokaja (piano), Michała Miśkiewicza (perkusja), Roberta
Majewskiego (trąbka), Mino Cinelu (instrumenty perkusyjne),
Gregoire’a Mareta (harmonijka ) i Anny Marii Jopek (śpiew ). Bez
tak dobrze brzmiących muzyków niewiele dałoby się ukręcić...
..::prasa::.. //// |