|
 |
..::Wywiad::.. //"Jazz
Forum"//
listopad 2007, rozmawia:
Konrad Żywiecki
O tym, jak doszło do powstania projektu Wolno opowiada
w wywiadzie autor albumu - Marek Napiórkowski.
KŻ: Wolno to płyta zupełnie inna niż to, co dotychczas
nagrałeś. Jest pełna spokoju, zadumania, dystansu... Czy to
zabieg wyłącznie artystyczny, czy może jakiś nowy etap w życiu?
NAP: Spoglądam na to trochę inaczej. Od kiedy zacząłem grać
na gitarze, zawsze ważne było dla mnie, by się rozwijać, stawiać
przed sobą nowe wyzwania. To pozwala mi ciągle wzbogacać swój
muzyczny język, a jednocześnie sprawia, że zawód muzyka daje mi
prawdziwą satysfakcję. Dużo czasu poświęciłem bardziej
ekspresyjnym formułom, co słychać choćby na mojej poprzedniej
płycie NAP. Jest tam co prawda również kilka ballad, ale
charakteryzuje je trochę inny sposób myślenia. Przede wszystkim
jednak dominują kompozycje bardziej dynamiczne, wykonywane na
gitarze elektrycznej.
Po jej nagraniu poczułem potrzebę odmiany, zrobienia czegoś
świeżego. Od lat współpracuję z różnymi muzykami, także
grającymi na instrumentach akustycznych, i pomysł nagrania
akustycznej płyty dojrzewał we mnie od długiego czasu. Z drugiej
strony obserwując kierunek, w jakim podąża współczesny świat,
natłok informacji, hałas atakujący z każdej strony, zauważyłem,
że ludzie potrzebują uspokojenia i wyciszenia. Ja również,
dlatego nagrałem taką płytę. Taką, jakiej sam chciałbym
posłuchać. Jednocześnie bardzo lubię akustyczne gitary i dużą
część swojego muzycznego życia poświęciłem właśnie im. Jest to
zupełnie inne doświadczenie niż gra na gitarze elektrycznej, ale
równie pasjonujące i rozwijające. Płyta Wolno jest
wyrazem tej fascynacji. By w pełni podkreślić szlachetny,
naturalny charakter tego instrumentu, postanowiłem konsekwentnie
całe nagranie zrealizować w konwencji akustycznej, bliskiej
stylistyce reprezentowanej przez ECM, spokojnej, a przy tym w
dużym stopniu opartej na improwizacji. I w ten kontekst
postanowiłem wpisać swoje kompozycje, zapraszając do współpracy
moich przyjaciół, a jednocześnie wybitnych muzyków, doskonale
odnajdujących się w tej stylistyce. Płytę nagraliśmy w ciągu
dwóch dni, na setkę. I jestem naprawdę szczęśliwy, że miałem
okazję improwizować z tak wspaniałymi, a jednocześnie tak
otwartymi, dojrzałymi i wrażliwymi muzykami, którzy potrafili,
mimo swoich nieprawdopodobnych, wirtuozerskich możliwości,
wyciszyć się i powściągliwie zrealizować założoną koncepcję.
KŻ: Czyli muzycy, którzy towarzyszą Ci na płycie, nie
występują wyłącznie w roli sidemanów?
NAP: Absolutnie nie. W ogóle granie muzyki jazzowej,
improwizowanej, opiera się na założeniu, iż wszyscy grający
przyjmują pozycję podmiotową. W muzyce pop jest inaczej: tam
instrumentalista realizuje konkretne, przygotowane wcześniej
partie, natomiast w jazzie wszystko opiera się na improwizacji.
Może to być widoczne mniej lub bardziej, rozgrywać się na
płaszczyźnie solowej lub akompaniamentu, lecz mimo wszystko jest
to przede wszystkim improwizacja. Ta zaś niesie ze sobą to, co
najważniejsze w jazzie - wymianę myśli, interakcję. Zupełnie nie
kręci mnie ponowne odgrywanie tego, co już wcześniej zagrałem z
maszynami. Najbardziej interesuje mnie to, co dzieje się
pomiędzy muzykami, w konkretnym miejscu i czasie.
Dowodem na to niech będzie koncert, który odbył się w Tygmoncie
na dzień przed nagraniem studyjnym. Przyjechał wtedy Gregoire
Maret i chcieliśmy się choć trochę zapoznać pod względem
muzycznym. Zagraliśmy wtedy te same kompozycje, które znalazły
się na płycie, ale zabrzmiały one całkowicie inaczej! Był to po
prostu koncert z inną muzyką: bardzo ekspresyjną, energetyczną,
z długimi solami... Słowem - czad. Nastrój klubu, reakcja
publiczności, nagłośnienie - to wszystko sprawiło, że zagraliśmy
właśnie w ten sposób. Jednak gdy weszliśmy do studia następnego
dnia rano, każdy zaczął grać zupełnie inaczej. Jeden dźwięk i
dużo ciszy... To było wspaniałe doświadczenie, które zaistniało
właśnie dzięki tak wspaniałym muzykom. Udało nam się wspólnie
nie tylko dostosować do konwencji, ale jednocześnie od nowa ją
stworzyć.
KŻ: Ta charakterystyczna przestrzeń i powietrze, tak silnie
obecne w tych nagraniach, to zatem w większym stopniu zasługa
atmosfery i improwizacji, w mniejszym zaś aranżacji i
kompozycji.
NAP: Wszystkie utwory zostały napisane, wymyślona została
harmonia, tematy, czasami również partia basu czy voicingi.
Poruszamy się oczywiście w konkretnych ramach formalnych, ale
cały czas improwizujemy: improwizuje każdy osobno, improwizujemy
również jednocześnie wszyscy razem. Gdy muzyk ma zapisaną w
nutach określoną partię, realizuje ją w ten właśnie sposób,
jednak gdy napotyka w zapisie akord, np. d-moll, może z nim
zrobić, co zechce. Jest to realizacja idei zawartej w tytule
płyty: Wolno, bo się nie spieszymy, ale jednocześnie
Wolno, bo jest dużo swobody, dużo wolności. To właśnie
podoba mi się bardzo w eceemowskiej koncepcji otwartego grania,
którą tutaj starałem się realizować.
KŻ: Tak, jest to rzeczywiście inny sposób myślenia niż ten
zawarty w amerykańskim, jazzowym mainstreamie.
NAP: I zupełnie inny niż chociażby w muzyce fusion, z którą
dość długo romansowałem.
KŻ: A jaka jest różnica w myśleniu akustycznym a
elektrycznym?
NAP: Instrument akustyczny warunkuje zupełnie inny sposób
gry, inny rodzaj emocji i wyrażania ich za pośrednictwem
artykulacji. To, co można na gitarze elektrycznej wyrazić za
pomocą pewnych zabiegów brzmieniowych, regulacji barwy w
urządzeniach, tu możliwe jest wyłącznie dzięki umiejętnościom.
Instrument akustyczny jest niesłychanie wymagający, zwłaszcza,
gdy zamiarem jest wydobycie pewnego koloru, a nie proste
odegranie melodii. Żeby dać wyraz napięciom i emocjom wyłącznie
za pomocą artykulacji, trzeba dużo ofiarować temu instrumentowi.
Jednak obowiązuje tu zasada: jeśli dużo dasz, dużo otrzymasz w
zamian. Instrument akustyczny uwrażliwia, każe wsłuchać
się i otworzyć, inspirując tym samym granie zupełnie innych
fraz. Zachodzi swoista symbioza pomiędzy instrumentem a
muzykiem. To fantastyczna przygoda.
KŻ: Wszystkie utwory nagraliście na setkę?
NAP: Wszystkie prócz utworu Ravelo. Do jego wykonania
zaprosiłem Annę Marię Jopek, bardzo wrażliwą wokalistkę, z którą
się przyjaźnię i gram od lat. Koncertując z Anią poznałem Mino
Cinelu i zależało mi, by jego "uśmiechnięta" energia pojawiła
się na płycie. Jednocześnie chciałem, by Mino miał dla siebie
odrębny utwór - i wtedy przypomniałem sobie o kompozycji, którą
kiedyś stworzyliśmy wraz z Anią, a która nigdy nie została
nagrana. Ze względu na to, że Mino mieszka w Nowym Jorku i
trudno było zsynchronizować jego obecność w Warszawie z terminem
sesji, utwór zarejestrowaliśmy w duecie wraz z Anką, i
wysłaliśmy mu, by dograł swoją partię. W ten sposób powstał
utwór trochę inny, ale interesujący i dlatego umieściłem go na
płycie.
KŻ: Rzeczywiście, czuć jego inność, ale nie tylko ze względu
na obecność innych muzyków, ale również inne uchwycenie
przestrzeni, oddechu tej muzyki.
NAP: Tę niepowtarzalną przestrzeń zawdzięczamy w dużym
stopniu naszemu wspaniałemu realizatorowi, Tadeuszowi
Mieczkowskiemu. Jak ostatnio wyliczyłem, nagrałem ponad sto
płyt, jednak tak dobrze brzmiącą zdarzyło mi się nagrać po raz
pierwszy! Tadeusz to prawdziwy artysta, realizator muzyki
akustycznej. Dużą też rolę w tym procesie odegrało bardzo
dobrze wyposażone studio Sound and More. Tym niemniej przede
wszystkim uzyskanie wspaniałego brzmienia nie udałoby się bez
tak świetnych muzyków! Oczywiste jest, że każdy z nich w
ogromnym stopniu dba o brzmienie, a właśnie taka muzyka,
spokojna i wyciszona, dała niesamowitą szansę na cyzelowanie
niuansów.
KŻ: Brzmienie to także instrumenty. Ty grasz na gitarze Lindy
Manzer...
NAP: Linda Manzer to jedna z największych postaci światowego
lutnictwa. Mieszka w Toronto i robi instrumenty, na których
grają najwspanialsi gitarzyści, między innymi Pat Metheny.
Dzięki temu, że miałem przyjemność wziąć udział w projekcie Ani
i Pata, udało mi się poznać również samą Lindę, która zresztą
zdążyła już odwiedzić Polskę - bardzo jej się nasz kraj podobał.
Mam w tej chwili dwie wykonane przez nią gitary.
KŻ: I właśnie te instrumenty możemy usłyszeć na Twojej
płycie?
NAP: Na Wolno usłyszeć można tylko jedną gitarę.
Zdecydowałem się użyć tylko jednego instrumentu, by wszelkie
zmiany koloru, klimatu, brzmienia, uzyskać wyłącznie za pomocą
samej artykulacji. Podszedłem do realizacji tej płyty bardzo
koncepcyjnie: surowe, nie wzbogacane w postprodukcji, brzmienia
akustycznych instrumentów, dwa dni nagrań, wszystko na setkę...
I przede wszystkim świetni muzycy. Kwartet, stanowiący trzon
całości, czyli współproducent - Robert Kubiszyn na kontrabasie,
Michał Tokaj na fortepianie, Michał Miśkiewicz na perkusji i ja,
a do tego goście: Ania Jopek, Mino Cinelu, Gregoire Maret i
Robert Majewski. Robert zagrał w dwóch utworach na flugelhornie
i zabrzmiało to genialnie. Gregoire Maret to z kolei wspaniały
muzyk, który zachwycił mnie swoją grą w zespole Dapp Theory
Andy’ego Milne. Gra w tej chwili z Cassandrą Wilson, Marcusem
Millerem i jest bardzo zajęty, jednak bardzo zależało mi na jego
obecności. Niesamowicie zainspirowało mnie zestawienie brzmienia
gitary akustycznej i harmonijki ustnej. Gregoire jest w tej
chwili jednym z trzech największych głosów harmonijki: Toots
Thielemans jest Bogiem, Jezusem jest Stevie Wonder, a pierwszym
Apostołem właśnie Maret. Każdy z nich gra w zupełnie inny
sposób. Gregoire gra najbardziej nowocześnie i mi bardzo się ta
stylistyka podoba. To wspaniały muzyk.
KŻ: Czy kompozycje, które znalazły się na tym albumie,
zostały napisane specjalnie z myślą o płycie Wolno? Czy
powstały z myślą o akustycznym wykonaniu?
NAP: Miałem już część kompozycji, jednak wiele z nich
napisałem specjalnie na potrzeby tego albumu. Proces
komponowania trwał około roku i rzeczywiście, utwory w dużym
stopniu powstawały przy użyciu gitary akustycznej. Zebrałem je,
dołożyłem standard Beatlesów i powstał materiał na płytę.
KŻ: Skąd pomysł na interpretację utworu Beatlesów?
NAP: Nocowałem kiedyś u Grzegorza Turnaua. A trzeba
wiedzieć, że Grzegorz zna wszystkie piosenki świata, oczywiście
ze słowami. Oglądaliśmy wtedy DVD z trasy McCartneya, który
przypomniał ten właśnie utwór, znany nam z wykonania The
Beatles, The Long and Winding Road. Bardzo mi się
spodobał i Grzegorz natychmiast siadł do fortepianu i zaczął go
śpiewać. Następnego dnia wykonał go na koncercie i od tego
momentu trudno mi się było od tej melodii uwolnić. Postanowiłem
umieścić ją na płycie, jednak zrobiłem to dość przewrotnie. W
oryginale utwór jest znacznie szybszy, są też charakterystyczne
akcenty, z których tu zrezygnowałem. Choć nie ma o tym żadnej
oficjalnej wzmianki, w duchu zadedykowałem ten utwór Shirley
Horn, wielkiej, mojej ukochanej, niedawno zmarłej wokalistce.
Podczas nagrania wydzieliła się niesamowita chemia. Nagraliśmy
jedną wersję i już chciałem zaproponować nagranie drugiej, kiedy
Robert Kubiszyn ostro zaprotestował: „czy ty nie słyszałeś, co
się tutaj stało?!” I rzeczywiście, po późniejszym przesłuchaniu
tego nagrania wiedziałem - to było to. Nie trzeba było niczego
więcej... Dlatego tak właśnie rozpoczyna się płyta Wolno
- najwolniejszym utworem, gdzie na każdy kolejny takt trzeba
czekać i czekać... W końcu tytuł zobowiązuje...
..::prasa::.. //// |