|
 |
..::Dusza improwizatora::.. //"Gazeta
Wyborcza (Wrocław)"//
2005 rok, rozmawia: Adam Domagała
Ukazał się pierwszy autorski album Marka Napiórkowskiego,
"nadwornego" gitarzysty Anny Marii Jopek i współlidera
wrocławskiego zespołu Funky Groove.
AD: Autorski debiut w wieku 35 lat to - w epoce młodocianych
gwiazd kreowanych przez telewizje - niezbyt imponujące
osiągnięcie. Dlaczego czekałeś tak długo?
NAP: Chciałem nagrać tę płytę dopiero wtedy, gdy będę naprawdę
gotowy. Ktoś zapytał niedawno Tadeusza Konwickiego, dlaczego nie
pisze już książek. Nie chcę się w żaden sposób porównywać ze
znakomitym pisarzem, ale to, co myśli pan Tadeusz o literaturze
jest mi bardzo bliskie w odniesieniu do muzyki. Książki są stają
się darmowymi dodatkami do gazet, za pisanie wspomnień biorą się
bokserzy... To wszystko sprawia, że prawdziwa literatura się
dewaluuje. Podobnie muzyka - ukazuje się tak dużo płyt, że
lepiej nic nie nagrywać, niż nagrywać, mimo że nie ma się nic do
powiedzenia. Przez lata grałem dużo różnej muzyki, szukałem
własnego języka, korzystałem z wiedzy i doświadczenia innych. I
kiedy poczułem, że już czas wypowiedzieć się jako lider własnego
zespołu, w kwietniu zeszłego roku wszedłem do studia.
AD: Kiedy wybierałeś utwory na swoją płytę, myślałeś o tym, ile
"jazzu w jazzie" powinny zawierać, żeby nie zrazić części
słuchaczy, którzy kojarzą Cię z łagodną, bardziej popową niż
jazzową, muzyką Anny Marii Jopek?
NAP: Po prostu wybrałem najlepsze piosenki, jakie napisałem.
Choć swobodnie poruszam się w różnych stylistykach, uważam się
za muzyka jazzowego, to znaczy - improwizującego. Jeśli weźmiemy
pod uwagę sposób, w jaki została nagrana moja płyta, to bez
wątpienia jest to jazz. Materiał nagrywały "na setkę" dwa
kwartety. W jednym grał Piotr Wyleżoł na pianinie elektrycznym,
w drugim Leszek Możdżer na akustycznym fortepianie. Choć miałem
zarys kompozycji, to nasze granie oparło się na improwizacji,
żywych relacjach między muzykami. Materiał poddałem potem
postprodukcji, swoje partie saksofonu sopranowego i klarnetu
basowego dograł np. Henryk Miśkiewicz, a Tomasz Kałwak dobarwił
muzykę różnymi efektami, ale nie zmienia to faktu, że rdzeniem
NAP-a jest spontaniczne, jazzowe granie.
AD: Może raczej jazz-rockowe?
NAP: Nie cierpię tego określenia, kojarzy mi się z muzyką trochę
"łupaną", zbyt prostą. Bardzo lubię kojarzone z rockiem,
"przesterowane" brzmienie gitary, ale moja muzyka jest fuzją
wielu gatunków i styli, które mnie fascynują. Oczywiście, mam
swoich idoli i pewnie bezwiednie oddaję im hołd: John Scofield,
Pat Metheny, Scott Henderson, Kenny Burrell, Jim Hall, Wes
Montgomery - na ich muzyce się wychowywałem i pewnie nigdy nie
przestanę się fascynować ich nagraniami, ale na pewno żadnego z
nich nie próbuję naśladować. Jeśli chodzi o skojarzenia z Patem
Metheny, to są o tyle uzasadnione, że w dwóch utworach gram na
gitarze zbudowanej przez Lindę Manzer, wspaniałą lutniczkę z
Kanady, która robi dla Pata akustyczne instrumenty. Ta gitara
rzeczywiście ma takie Metheny'eowskie brzmienie, zwłaszcza w
balladach.
AD: Z Patem Metheny zagrałeś na płycie Anny Marii Jopek
Upojenie. Jak się zostaje partnerem geniusza?
NAP: To była całkowicie niespodziewana propozycja, bo wcale nie
miałem się na tej płycie pojawić. Pierwszego dnia sesji
nagraniowej Pat, który przywiózł do Warszawy osiem gitar, więc
wszyscy byli przekonani, że sam nagra wszystkie partie,
nieoczekiwanie powiedział, że chciałby nagrać "na setkę"
tytułową piosenkę. Potrzebny był więc drugi gitarzysta. Akurat
byłem w samochodzie, stałem gdzieś w korku, kiedy zadzwoniła
moja komórka. "Grasz z Patem" - usłyszałem. Dotarłem do studia,
nierozegrany, nieprzygotowany. Wyciągnąłem swoją gitarę, a Pat
mówi: "Ee, zagraj na mojej". Przegraliśmy Upojenie kilka razy,
ja akompaniament, Pat solówkę. Potem posłuchał nagrania, wybrał
wersję... To było niezwykłe przeżycie. Zapytałem później Pata,
czy mogę zostać w studiu i patrzeć jak pracuje. Siedziałem tam
przez kilka dni, żeby jak najwięcej się nauczyć.
AD: Artur Lesicki, twój kolega z Funky Groove, mawia, że nie
chce przenosić się do Warszawy, gdzie pewnie miałby więcej
pracy, bo lubi tempo życia we Wrocławiu i ludzi, z którymi może
tutaj współpracować. Ty się wyprowadziłeś. Warto było?
NAP: Warto. Ale nie wyprowadziłem się całkowicie, ciągle mam we
Wrocławiu mieszkanie, w którym zatrzymuję się, kiedy tu
przyjeżdżam grać, a na szczęście przyjeżdżam dosyć często. Nie
wyjechałem, dlatego, że w stolicy widziałem większe szanse na
zrobienie kariery, ale dlatego, że chciałem być blisko mojej
dziewczyny. Na początku przygoda z Warszawą miała więc bardziej
osobisty charakter niż zawodowy, ale z czasem nawiązałem tyle
kontaktów i zacząłem grać z tyloma świetnymi artystami, że
poczułem się tam prawie jak w domu. Ale, oczywiście, to Wrocław
jest the best!
..::prasa::..
//// |