..::Wywiad::.. //"Muzyk"//
nr 8/2005, rozmawia: Piotr Florczyk
Marek Napiórkowski to jeden z najbardziej rozpoznawalnych
polskich gitarzystów. Występował z wielkimi postaciami jazzu i
muzyki rozrywkowej. Byli wśród nich: Pat Metheny, Mino Cinelu,
Adam Holzman, Tomasz Stańko, Anna Maria Jopek, Klaus Doldinger,
Urszula Dudziak, Tomasz Szukalski, Jan "Ptaszyn" Wróblewski,
Janusz Muniak, Krzysztof Ścierański, Henryk Miśkiewicz, Ewa Bem
i wielu, wielu innych.
Po nagraniu ponad 70 płyt jako muzyk sesyjny, po raz pierwszy
debiutuje dojrzałym i wyróżniającym się na polskiej scenie
albumem NAP. Poniżej przedstawiamy rozmowę na temat
płyty, inspiracji oraz planów artystycznych...
PF: Właśnie ukazała się twoja pierwsza solowa płyta NAP
- jak zrodził się pomysł nagrania tego albumu?
NAP: Przez wiele lat nagrywałem różne płyty. Grałem także w
wielu zespołach - w części z nich występowałem w roli sideman'a,
w innych jako współlider. Nadszedł wreszcie moment, w którym
uznałem, że należałoby zaprezentować słuchaczom coś w stu
procentach mojego. Zebrałem grupę fantastycznych muzyków,
przyjaciół, z którymi gram od lat i weszliśmy do studia
zarejestrować tę muzykę.
PF: W jaki sposób powstawały kompozycje, które pojawiły się
na płycie?
NAP: Kompozycje powstawały w bardzo różnych okolicznościach.
Część z nich pojawiła się jakby sama z siebie, w bardzo krótkim
czasie. Inne nieco dłużej przeleżały w szafie, po czym ulegały
pewnym przeróbkom. Faktem jest, że akurat na tej płycie
wszystkie utwory są mojego autorstwa, za wyjątkiem utworu
Only a Night Away, do którego muzykę napisałem z Anią Jopek,
natomiast autorem słów jest zaprzyjaźniona angielka Nina Madhoo.
Tak jak wspomniałem utwory na tę płytę kompletowałem od pewnego
czasu, więc gdy ostatecznie pojawiła się satysfakcjonująca ilość
materiału, powołałem do życia zespół, który w początkowej fazie
był kwartetem, dodatkowo zaprosiłem kilku różnych gości i w ten
właśnie sposób powstała ta płyta.
PF: Kwartetem w składzie...
NAP: W zasadzie można powiedzieć, że płyta powstawała w oparciu
o dwa kwartety. Pierwszy kwartet to: Robert Kubiszyn, Robert
Luty i Piotr Wyleżoł, natomiast drugi kwartet stanowiła ta sama
sekcja i Leszek Możdżer. Nagrywaliśmy w studio na "setkę".
Wychodzę z założenia, że w tego typu muzyce najważniejsza jest
improwizacja, wzajemna inspiracja i reagowanie na to, co grają
inni. Tylko w ten sposób można nadać muzyce walor naturalnego,
żywego grania. Na płycie można usłyszeć wiele różnych barw i
instrumentów, lecz zostały one dograne dopiero w fazie
postprodukcji.
PF: Płyta nagrana jest w stosunkowo pogodnym nastroju i
zdominowana stylistyką jazzu elektrycznego. Dlaczego
zdecydowałeś się pójść właśnie w tym kierunku?
NAP: Przypuszczam, że tak mi po prostu w duszy gra. Od wielu lat
znajduję swoje miejsce w tej stylistyce, natomiast wnikliwy
słuchacz na pewno zauważy, że na płycie jest bardzo wiele
odniesień do różnych stylistyk. Jest dużo ballad i akustycznych
instrumentów. Fascynuje mnie wiele gatunków, lubię grać zarówno
na gitarze akustycznej, jak i elektrycznej, co znalazło swój
wydźwięk na płycie. Są na niej utwory bardzo ekspresyjne,
jak i ballady grane z fortepianem, utwory inspirowane
nowoczesnymi, współczesnymi brzmieniami oraz te nawiązujące do
gatunków muzycznych sprzed lat. Jest na niej dużo odniesień do
interesujących mnie stylistyk, oczywiście ujętych w ramy pewnego
indywidualnego języka, który mam nadzieję jakoś powoli udaje mi
się kreować.
PF: Artur Lesicki zrealizował ostatnio projekt pod szyldem
Acoustic Harmony. Ty nagrywasz swoją pierwszą płytę solową. Jaka
jest w tym kontekście przyszłość grupy Funky Groove?
NAP: Przede wszystkim jesteśmy bardzo mile zaskoczeni faktem, że
po wydaniu naszej drugiej płyty zespół Funky Groove tak wyraźnie
został przez publiczność doceniony. Mam na myśli szczególnie
nagrody w różnego typu ankietach. Po raz drugi zostaliśmy
elektrycznym zespołem roku w rankingu miesięcznika "Jazz Forum",
płyta została uznana za gitarowy album roku miesięcznika "Gitara
i Bas" - co utwierdziło nas w przekonaniu, że być może jest
pewna grupa odbiorców, którzy chcieliby usłyszeć trzeci album
tego zespołu. Jeśli chodzi o zespół - nadal pozostajemy w bardzo
dobrych, koleżeńskich stosunkach i myślimy już o tym, aby nagrać
nową płytę.
PF: Często używasz gitar elektrycznych. Jaki jest twój
stosunek do grania w stu procentach akustycznego?
NAP: Mój stosunek do muzyki akustycznej jest jak najbardziej
pozytywny, czego również dowodzi właśnie ta płyta. Bardzo lubię
odnajdywać się w tego typu stylistyce. W zespole Ani Jopek, a
także z wieloma innymi artystami gram akustycznie i mam wiele
szczęścia będąc posiadaczem kilku znakomitych instrumentów
akustycznych. Prawdziwym rarytasem w mojej kolekcji jest gitara
zbudowana przez legendarną lutniczkę, Lindę Manzer, która robi
akustyczne gitary m.in. dla Pata Matheny czy Carlosa Santany!
PF: Pochodzisz z Jeleniej Góry, studiowałeś we Wrocławiu,
obecnie mieszkasz i pracujesz w Warszawie. Co skłoniło cię do
zmiany miejsca zamieszkania i jak oceniasz tę decyzję z
dzisiejszej perspektywy?
NAP: Moim ukochanym miastem jest Wrocław i ciągle pozostał w
moim sercu, jako miasto nazwijmy to - najfajniejsze. Po
dziesięciu latach mieszkania we Wrocławiu, z męsko-damskich,
osobistych powodów przeniosłem się do Warszawy. Decyzję, którą
podjąłem z dzisiejszej perspektywy oceniam bardzo dobrze. Dzięki
temu zmieniłem w dużej mierze grupę muzyków, z którymi pracuję.
Nowe sytuacje bardzo dobrze wpływają na rozwój muzyczny. Dopiero
gdy zamieszkałem w Warszawie miałem okazję pograć z Tomaszem
Stańko, z Henrykiem Miśkiewiczem, z Tomaszem Szukalskim, czy z
Urszulą Dudziak - wszystko to stało się możliwe po mojej
przeprowadzce do Warszawy. Bardzo dobrze wspominam czasy, które
spędziłem we Wrocławiu. Grałem wtedy chyba ze wszystkimi
muzykami, z którymi można było tam zagrać, ale równocześnie
bardzo lubię nowe wyzwania i możliwość prowokowania nowych
muzycznych sytuacji. Warszawa jest dużym miastem i mieszka w nim
najwięcej muzyków, co z kolei sprawia, że można się tu rozwijać
w wielu różnych gatunkach.
PF: W Warszawie znalazłeś się już jako muzyk w pewnym sensie
ukształtowany. Chciałbym cię natomiast zapytać, jak zaczęła się
twoja przygoda z jazzem i w jakich okolicznościach trafiłeś do
zespołu Anny Marii Jopek?
NAP: Przede wszystkim jestem wychowankiem przeróżnych warsztatów
jazzowych. Systematycznie pojawiałem się na warsztatach w
Chodzieży, w Puławach - jeździłem tam jako młody człowiek. Na
jednych z warsztatów poznałem Anię. Wtedy nie była jeszcze znaną
wokalistką i w ogóle nie miała swojego zespołu. Tak się
poznaliśmy. Natomiast w momencie, gdy już funkcjonowałem w
środowisku jazzowym, mając na swoim koncie wiele nagranych płyt
- było to bodajże osiem lat temu - Ania zaprosiła mnie, abym
wystąpił z nią przy okazji koncertu Szeptem, który został
potem wydany na płycie. W zasadzie od tamtej pory datuje się
nasza współpraca.
PF: W jaki sposób kompletował się skład zespołu Anny Marii
Jopek. Czy zanim dołączyłeś do zespołu miałeś okazję
współpracować z artystami, którzy wówczas wchodzili w skład
zespołu?
NAP: W zasadzie znałem większość muzyków, z którymi przyszło mi
wtedy współpracować. Grałem już wtedy trasy z Urszulą Dudziak,
gdzie poznałem Andrzeja Jagodzińskiego. Zdarzało mi się
wcześniej pracować także z Henrykiem Miśkiewiczem, Czarkiem
Konradem i Adamem Cegielskim, którzy współtworzyli wtedy zespół
Ani. Później było kilka zmian, przewinęli się różni muzycy,
natomiast od pewnego czasu skład zespołu jest stabilny i gramy
razem z Henrykiem Miśkiewiczem, Czarkiem Konradem, Robertem
Kubiszynem i Pawłem "Bzimem" Zareckim. Wiem, że wiele osób
kojarzy mnie z koncertów i płyt z Anią i bardzo mnie to cieszy,
ponieważ uważam że jest to bardzo szlachetna i wartościowa
działalność. Z racji dużej komunikatywności tej muzyki - dociera
ona do szerokiego grona odbiorców i przez to jest bardziej
widoczna i lepiej nagłośniona przez media niż muzyka stricte
jazzowa. Niezależnie od tego składu występuję z wieloma innymi
zespołami i w zasadzie, jak sięgam pamięcią zawsze grywałem
równocześnie w sześciu lub siedmiu składach. Te zespoły
oczywiście się zmieniają. Czasem coś się kończy, coś innego się
zaczyna.
PF: Twoje muzyczne poszukiwania zaczęły się od muzyki spod
szyldu "nie bierzemy jeńców", słuchałeś bluesa, jazzu i wielu
innych gatunków. Jakiej muzyki słuchasz obecnie?
NAP: Słucham bardzo różnej muzyki. Generalnie jestem otwarty na
wszelką dobrą muzykę. Mam bardzo wiele płyt z tak zwanej klasyki
jazzu, czyli płyty m.in. Milesa, Coltrane'a, Shortera, Hancocka.
Słucham trochę klasyki, a także dobrej muzyki "piosenkowej" -
może tak to określę. Jestem bardzo otwarty, co staram się
pielęgnować także w graniu. Staram się znajdować przyjemność w
różnych gatunkach i tak, równie dobrze bawię się grając solówkę
w bluesie, na rozkręconym do czerwoności wzmacniaczu, jak i
kwiląc na strunach nylonowych smętną balladę. Obecnie w moim
odtwarzaczu często gości nowy zespół Wayne'a Shortera,
płyta Johna Scofielda En Route, nowa płyta Josha Redmana
Momentum. Słucham nowego Garbarka In Praice of Dreams
- świetny album. Słucham różnej muzyki. Lubię muzykę ECM-owską
i ekspresyjny Tribal Tech, Beatlesów, Petera Gabriela, Shirley
Horn, Wayne'a Krantza i Sonny Rollinsa. Uwielbiam płytę Joni
Mitchell Both Sides Now. Zresztą cenię wszystkie jej
płyty.
PF: Wracając do płyty solowej - do realizacji albumu
zaprosiłeś grupę wyśmienitych muzyków. Dlaczego zdecydowałeś się
właśnie na te nazwiska?
NAP: A więc po kolei: Piotr Wyleżoł zagrał na pianie Fendera. To
wspaniały jazzowy muzyk jeden z tych, którzy grają jakby "do
wewnątrz", bardzo introwertycznie. Beż żadnych fajerwerków,
popisów, sama esencja... Z Robertem Kubiszynem rozumiemy się
pozawerbalnie, jesteśmy czasem jak jeden organizm, może dlatego,
że gramy ze sobą tak często... Robert to rzadki przypadek
kompetencji na kontrabasie i elektrycznej basówce jednocześnie.
Taka wszechstronność ogromnie poszerza spektrum stylistyczne i
brzmieniowe. Lutek to niezwykle wrażliwy, intuicyjny muzyk,
który jednocześnie ma śmiertelny cios na swoim instrumencie -
rzadkie połączenie, idealny do moich szerokich zainteresowań. Z
Leszkiem Możdżerem nagrałem kilka płyt dla Anki Jopek i
spędziliśmy wiele dni w jej trasie Farat. Cóż więcej
można o nim powiedzieć poza tym, co media powtarzają w
zachwyceniu bez przerwy? To świetny muzyk, cudownie, że udało
się nam nagrać tę sesję. Henryk Miśkiewicz to marka i
niespotykana wrażliwość. Radość i zaszczyt grać z nim prawie co
wieczór, cudownie mieć jego zawsze piękną i szczerą muzykę na
własnej płycie. Tomek Kałwak wymyśla cudowne hałasy i nasycone,
intrygujące barwy. Ta płyta bez niego byłaby zupełnie inna.
Jedyny utwór słowno-muzyczny wykonuje na płycie Ania Jopek, z
którą gram wiele lat. To już więcej niż zespół, to rodzina. U
niej w piwnicy spędziliśmy dwa wieczory i skomponowaliśmy kilka
piosenek, na całkowitym luzie, jedna po drugiej. Trzy z nich
nagraliśmy na jej płytę Niebo, która wyjdzie jesienią, a
jedną wybrałem na mój projekt, pasowała idealnie do harmonicznej
gęstości albumu. Poza nimi na płycie zaśpiewała piękne wokalizy
Dorota Miśkiewicz, a Krzysztof Herdzin zagrał świetne solo na
fortepianie. Muzycy, których zaprosiłem do realizacji albumu to
moi bliscy znajomi i możliwość stworzenia tego albumu pod moim
szyldem znaczy dla mnie bardzo wiele.
PF: Czy w ramach promocji albumu planujesz jakąś trasę
koncertową? Jak rozumiem, przy zachowaniu składu zespołu, który
pojawił się na płycie może to nie być łatwe...
NAP: W ramach tego składu nie byłoby to możliwe. Natomiast na
pewno będę chciał promować i grywać tę płytę, aby zespół się
jeszcze bardziej zgrał na bazie kwartetu z ewentualnie
zapraszanymi gośćmi, takimi na przykład jak Henryk Miśkiewicz,
Tomek Kałwak czy Dorota Miśkiewicz. Ania obiecała, że ze mną
zaśpiewa w Trójce, na koncercie promocyjnym.
PF: Czy myślisz już o kolejnej solowej płycie?
NAP: Myślę, ale spokojnie. Całkiem niedawno skończyłem nagrywać
pierwszą płytę i odczułem z jak dużą pracą się to wiąże w
przypadku tak rozbudowanego projektu. Również z racji tego, że
jestem producentem, a raczej współproducentem, ponieważ
podzieliłem się tą rolą z Robertem Kubiszynem, napisałem
wszystkie utworów, a także wszystkie nagrywałem - reasumując
realizacja tego projektu kosztowała mnie naprawdę bardzo dużo
pracy. Do tego dochodzi strona organizacyjna - trzeba było
zaprosić muzyków, dograć terminy, potem wybrać najlepsze wersje
utworów, współtworzyć okładkę, znaleźć wydawcę. Tak więc
chwilowo jestem trochę zmęczony tą pracą, staram się więc nie
myśleć o następnej płycie, ale na pewno coś takiego nastąpi.
Obecnie kończę pracę nad płytą Doroty Miśkiewicz, którą wraz z
nią i Pawłem Zareckim produkuję, i na którą skomponowałem kilka
piosenek. Jedna z nich, napisana do tekstu Grzegorza Turnaua,
promuje film Zakochany Anioł. Wykonuje ją w filmie
Grzegorz w duecie z Dorotą.
PF: Wspomniałeś o Robercie Kubiszynie. Chciałbym zapytać
dlaczego zdecydowałeś się współprodukować tę płytę właśnie z
nim?
NAP: Robert Kubiszyn to bardzo zdolny muzyk, z którym mam
przyjemność pracować w wielu zespołach. Poznałem go gdy graliśmy
razem w zespole Doroty Miśkiewicz. Później zaprosiłem go do
swojego zespołu i w dalszej kolejności zaprosiła go do
współpracy także Ania Jopek, a teraz gramy także w kwartecie
Henryka Miśkiewicza Full Drive oraz w zespole Czarka
Konrada. Robert jest niewątpliwie moim najbliższym
współpracownikiem. Teoretycznie mieszka w Krakowie, ale przez
ostatnie dwa lata mieszkał głównie u mnie w Warszawie. Mamy ze
sobą rodzaj muzycznej telepatii, bardzo dobrze nam się razem
gra.
PF: W Polsce uznawany jesteś za wziętego sidemana. Na koniec
chciałbym zapytać o instrumentarium, którego używasz?
NAP: Moja główna gitara elektryczna to John Suhr, typu solid
body, która jest o tyle dobra, że ma bardzo uniwersalne
brzmienie. Dobrze się sprawdza w stylistyce popowo-rockowej, a
przy tym ma również ciemny dźwięk dobry do jazzu i okolic. Mam
też Ibaneza AS 100 i gitarę DC-1 firmy Brian Moore. Mam też
kilka gitar akustycznych. Jestem bardzo dumny z faktu, że mam w
swojej kolekcji gitarę kanadyjskiej lutniczki Lindy Manzer, z
którą, notabene, miałem okazję się poznać osobiście i spotkać
kilka razy przy szklaneczce wina... To naprawdę niezwykła osoba!
Mam także gitarę klasyczną z nylonowymi strunami znakomitego
polskiego lutnika mieszkającego w Niemczech - Bogusia Teryksa
oraz lutnika hiszpańskiego Arturo Sanzano, kupioną w Madrycie.
Jestem posiadaczem gitary Ovation Collectors, choć na niej
ostatnio rzadziej grywam, a na koncertach często wykorzystuję
gitarę z nylonowymi strunami typu solid-body Piotra Witwickiego.
Do gitar elektrycznych i akustycznych zakładam struny Ernie Ball
zaś do gitar klasycznych struny firmy Savarez.
PF: Grasz na wzmacniaczach firmy Ashdown - co możesz
powiedzieć na ich temat?
NAP: Rzeczywiście używam wzmacniaczy firmy Ashdown serii
Acoustic Radiator do nagłaśniania gitar akustycznych. Jeden
zupełnie malutki wyglądający jak radio Mariola i drugi nieco
większy, umożliwiający podłączenie i niezależne ustawienie
brzmienia dwóch różnych gitar jednocześnie. Uważam, że są to
świetne i bardzo praktyczne wzmacniacze, które zmieniają
wydatnie na plus brzmienie gitary akustycznej granej w linię -
co jest najbardziej praktycznym sposobem nagłośnienia, jako że w
warunkach scenicznych niezmiernie trudno jest nagłośnić gitarę
przez mikrofon. Natomiast do gitary elektrycznej używam
wzmacniacza Bogner Extasy 101 spiętego z kolumną Fender Tone
Master oraz małego, bardzo dobrego wzmacniacza firmy Groove
Tubes.
PF: Co masz do powiedzenie w kwestii efektów?
NAP: Używam Lexicona MPX1, delay'a Line6, "nieśmiertelnego" Tube
Screamera firmy Ibanez do uzyskiwania barwy lekko
przesterowanej. Mam też bardzo stary, niezwykle rzadki efekt MXR
Envelope Filter. Używa go również Dean Brown, który kiedyś mi go
pokazał i bardzo mi się on spodobał. Jest to specyficzny rodzaj
automatycznej kaczki. Mam także Electro Harmonix Memory Man,
volume pedal Ernie Ball oraz najprostszą kaczkę Dunlopa.
..::powrót::.. ////