|
 |
..::Wywiad::.. //"Estrada i Studio"//
grudzień 2005, rozmawia: Bartłomiej A. Frank
BF: Jesteś samoukiem?
NAP: Może nie do końca, bo miałem, powiedzmy, małe edukacyjne
przygody - na przykład ze skrzypcami w szkole podstawowej.
Niestety trafiłem na nauczycielkę dojeżdżającą z Wrocławia,
która rzadko bywała w szkole, a poza tym wolałem wtedy grać w
piłkę. Gdy miałem 12 lat moja ciotka na wsi pokazała mi
podstawowe akordy. Powoli się rozwijałem, razem z przyjacielem z
jednego podwórka Arturem Lesickim, który teraz gra ze mną w
zespole Funky Groove. Zresztą to ja mu pokazałem wtedy te
pierwsze akordy, więc jestem jego mistrzem (śmiech). Uczyliśmy
się wspólnie metodą na słuch - podpatrywania, czasami ktoś nam
coś pokazał, nie było wtedy innej drogi. Jako piętnastolatek
grałem już w lokalnym zespole bluesowym, po dwóch latach
pojechałem do Chodzieży na Warsztaty Jazzowe. Przeżyłem tam
totalne zauroczenie muzyką jazzową. Uświadomiłem sobie, że jest
to coś bardzo ciekawego, zaimponowali mi starsi koledzy, którzy
tam uczyli. Największe wrażenie robiła wolność jaką daje jazz.
Improwizacja była dla mnie zupełnie nowym stanem ducha. Wtedy
zacząłem się tak na poważnie uczyć grać. Jako 17-latek
pomyślałem, że spróbuję nadrobić braki w edukacji muzycznej. Po
wstępnym przesłuchaniu przyjęli mnie do średniej szkoły
muzycznej na kontrabas. W Jeleniej Górze, w której się urodziłem
i mieszkałem przez pierwszych 18 lat mojego życia, nie było
klasy gitary. Zrezygnowałem po roku, bo ciężko było pogodzić
granie na obu instrumentach, ale regularnie jeździłem na
warsztaty do Chodzieży i Puław. W owym czasie to były jedyne
bastiony edukacji jazzowej. Mnóstwo ludzi wywodzi się z tych
miejsc, tam właśnie zaczęła się dla mnie poważna nauka.
BF: Jak bardzo przydaje się taka tradycyjna edukacja przy
grze jazzowej?
NAP: Poza moimi własnymi projektami uprawiam zawód muzyka
sesyjnego. Grywam w różnych zespołach, w których umiejętność
czytania nut jest niezbędna. Jest to najlepsza znana mi forma
muzycznego komunikowania się. Ponadto w szkołach muzycznych
następuje proces ogólnego umuzykalnienie, co może tylko pomóc w
graniu jakiegokolwiek gatunku muzyki.
BF: W wieku 18 lat wiedziałeś, że będziesz zawodowym
gitarzystą?
NAP: Bardzo o tym marzyłem, ale miałem w związku z tym wiele
rozterek, czy to możliwe, czy to się uda... Jest to bowiem
bardzo specyficzny zawód, w którym nie ma żadnej stabilności.
Właściwie jesteś wyposażony w instrument i telefon. Szczęśliwie
od lat udaje mi się dobrze funkcjonować w tych warunkach.
BF: Zostawiłeś sobie jakąś furtkę na wypadek, gdyby nie
wyszło?
NAP: Aby nie pójść do wojska studiowałem pedagogikę na
Uniwersytecie Wrocławskim. Jednocześnie przeniosłem się do
Wrocławia i grałem cały czas na gitarze. Gdzieś na
drugim-trzecim roku zacząłem robić to profesjonalnie, powołałem
do życia zespół Hurry Up, któremu liderowałem i pisałem
wszystkie utwory. Z tym zespołem dostaliśmy nagrodę na Jazz
Juniors w Krakowie, ja oprócz tego otrzymałem wyróżnienie
indywidualne. Od tamtej pory zaczęły się zaproszenia, udziały w
festiwalach. Po kilku latach założyliśmy z Arturem Lesickim
zespół Funky Groove. Ostatnio formacja ta działa nieco w
uśpieniu, ale spotyka się z dużą sympatią słuchaczy. Nasza
debiutancka płyta jako pierwsza z Polski trafiła do światowego
katalogu Universalu. Ella Fitzgerald, która nagrała mnóstwo
znakomitych płyt, była reprezentowana w nim przez pięć albumów,
a poniżej Funky Groove... Oni rekomendują co roku płyty i my
byliśmy tam z naszą dwa razy z rzędu. Płytę można było zresztą
kupić wszędzie na świecie. Sam widziałem ją w sklepach w
Niemczech, Madrycie.
BF: Twoja pierwsza gitara?
NAP: Pierwsza była gitara klasyczna, chociaż nie wiem czy
zasłużyła na tę nazwę. To była gitara Polmuz, tak zwane "pudło".
I to określenie chyba najlepiej definiuje typ i jakość tej
gitary. Jak już trochę pograłem przykład pora na pierwszą gitarę
elektryczną i była to "gitara jazzowa średniej klasy Malwa" -
kiedyś usłyszałem taką rekomendację (śmiech). Była to gitara
typu semi acoustic. Obie te gitary były straszne, aczkolwiek ich
techniczna ułomność nie zniechęciła mnie do grania. Do wyższej
klasy przeszedłem nabywając gitarę Jolana. Od niej zaczęła się
moja kolekcja porządnych instrumentów.
BF: Iloma gitarami teraz dysponujesz?
NAP: Ciężko mi powiedzieć, bo cały czas coś kupuję i sprzedaję.
Pewnie około 10.
BF: Czy to ważne dla sidemana żeby mieć aż tyle gitar?
NAP: Moim zdaniem tak, aczkolwiek mimo że nagrywam wiele płyt,
nie czuję się totalnym sidemanem. Najważniejsza dla mnie jest
"moja droga" - czy grając w zespołach jazzowych, czy z Anią
Jopek, czy z Dorotą Miśkiewicz spełniam w tych formacjach
funkcję podmiotową. W zespołach jazzowych jest partnerstwo, bo
ta muzyka oparta jest na wzajemnej interakcji, a zespół brzmi
tak jak jego najsłabszy element. Realizuję się w zasadzie w tego
typu zespołach i do tej działalności nie potrzebuję tak dużej
ilości instrumentów. Zawsze więc chciałem kupować gitary, które
będą uniwersalne. Sideman z krwi i kości myśli inaczej - kupuje
gitary skrajne.
BF: Właśnie, sideman szuka gitar o bardzo określonym
brzmieniu, charakterze.
NAP: Nie kupuję gitar w takim ściśle sidemańskim celu. Uzyskuję
podobny efekt przez to, że moje gitary są uniwersalne i każda ma
kilka brzmień. Kupując gitarę nie myślę o tym, że zagram na niej
w studiu dwa razy w życiu G-dur, a raczej staram się myśleć jak
wykorzystam dany instrument w swoich projektach naczelnych.
BF: Która z tych uniwersalnych gitar jest teraz dla Ciebie
gitarą numer jeden?
NAP: Mam dwie takie gitary elektryczne, które wyjątkowo lubię.
Jedną z nich jest John Suhr (amerykański lutnik). Ma ona bardzo
ciemne brzmienie, mimo że ma kształt stratocastera; można nie
niej grać jazz i inne rzeczy. Druga to Don Grosh, także
amerykańska, która bardziej przypomina Gibsona, można by
powiedzieć luksusowego Les Paula. Przez lata grałem na fajnej
gitarze Ibanez AS100 - to jest takie półpudło jazzowe.
BF: Wzmacniasz?
NAP: Podstawowy to luksusowa głowa marki Bogner, do tego kolumna
z custom shopu Fender Tone Master. Drugi wzmacniacz to Soul O-45
firmy Groove Tubes. Ma on bardzo dobre, czyste brzmienie.
Posiadam też dwa wzmacniacze firmy Ashdown, których używam tylko
na scenie do akustycznych gitar.
BF: Twoje instrumentarium jest nietypowe...
NAP: Lubię bardzo dobre instrumenty. Prawdziwym rarytasem w
mojej kolekcji jest akustyczna gitara kanadyjskiej lutniczki
Lindy Manzer, która robi instrumenty m.in. dla Pata Metheny i
Carlosa Santany. Kontakt z nią udało mi się nawiązać poprzez
fakt współpracy z Patem Metheny przy płycie z Anną Marią Jopek.
Linda ma tylko jednego pomocnika, więc robi jakieś piętnaście
gitar rocznie. W tym momencie nie można się w ogóle wpisać na
listę oczekujących na jej instrumenty, a gitary te kosztują od
ośmiu tysięcy dolarów wzwyż. Mam jeszcze znakomite gitary
klasyczne: kupioną w Madrycie gitarę Arturo Sanzano i gitarę
zrobioną specjalnie dla mnie przez Bogusława Teryksa.
BF: Kupujesz luksusowe instrumenty... Można wyżyć z muzyki w
Polsce?
NAP: No można, jak widać (śmiech)... Wiadomo, że bez szaleństw,
ale da się godnie żyć. Zwłaszcza, jeśli gra się w wielu
zespołach, nagrywa dużo płyt. Trzeba robić to, co się lubi i
robić to jak najlepiej. Moja recepta na sukces związana jest z
faktem, że lubię wiele gatunków muzyki, dzięki temu nie zamykam
się w jazzie czy innym stylu. Lubię także piosenki, muzykę z
pogranicza rocka, przez co jestem w stanie zagrać różne rzeczy.
Nie uczyłem się tego, aby w perspektywie kolekcjonować banknoty,
ale dlatego, że mnie to bardzo interesuje. Bardzo lubię rzęzić
na wzmacniaczu rozkręconym do czerwoności i bardzo lubię na
nylonowych strunkach kwilić bossanovę... Moja muzyka, którą
tworzę w projektach poza pracą sidemana, także łączy te światy.
Nie jest więc tak, że u siebie w projektach gram
bezkompromisową, straszliwą muzykę, a gdzieś indziej, za
chlebem, nagrywam tylko bezpieczne komercyjne dźwięki. Mnie
fascynuje i dużo radości daje mi nagrywanie płyt z różnymi
wykonawcami i w różnych gatunkach.
BF: 10 lat mieszkałeś we Wrocławie, a potem przeprowadziłeś
się do Warszawy. Czy przyjechałeś do stolicy za pracą?
NAP: Poznałem tutaj dziewczynę i to był główny czynnik.
Przenosiny miałem o tyle ułatwione, że w środowisku jazzowym, w
którym wtedy byłem dużo mocniej zakorzeniony niż teraz, znałem
prawie wszystkich. Mieszkając we Wrocławiu dużo jeździłem,
grywałem i stałem się rozpoznawalnym w branży muzykiem.
Mieszkając w danym mieście chcąc nie chcąc oscylujesz wokół
jakiejś określonej grupy muzyków, grasz w pewnym układzie. W
czasach wrocławskich działałem ze Zbyszkiem Lewandowskim, który
wziął mnie do zespołu z Janem Ptaszynem Wróblewskim, z Januszem
Muniakiem itd. Przeprowadzając się do Warszawy zmieniłem
środowisko, mogłem zagrać z innymi ludźmi, co jest zawsze bardzo
rozwijające. Inna sprawa, ze Warszawa jest centrum gdzie się
wszystko kręci. Są studia nagraniowe, filmowe, media, ale
jeszcze ważniejsze z punktu widzenia muzyka jest to, że tu jest
najwięcej muzyków.
BF: Kiedy zacząłeś nagrywać płyty z bardzo znanymi artystami?
NAP: Z okazji wydania mojej solowej płyty zrobiłem takie małe
podsumowanie i jest już ponad siedemdziesiąt płyt, na których
gram. Myślę, że rozkwit tej działalności, kiedy zacząłem
naprawdę dużo nagrywać to ostatnie osiem lat. Już wcześniej
pojawiały się na mojej drodze nazwiska ze świata jazzu, a
ostatnio nagrywam dużo płyt z wykonawcami popularnymi.
Funkcjonowanie jako muzyk jazzowy czy współlider takich zespołów
jak Funky Groove to jedno. Drugie to praca w charakterze
studyjnego sidemana, która nie ma bezpośredniego związku z tym,
czy jesteś znany ze swoich projektów. Tu po prostu grasz,
zdobywasz nowe kontakty, spotykasz się z kolejnymi realizatorami
i producentami i jeżeli oni dobrze oceniają twoją pracę, to
biorą cię na następną płytę. Tak stwarza się możliwości do
uprawiania tego zawodu.
BF: Potem dzwoni telefon: "Marek? Tu Pat Metheny..." (śmiech)
NAP: Nie, Pat nie dzwoni, ale dzwonią do mnie telefony, z
których dowiaduję się co, z kim i jak, i na tej podstawie
podejmuję decyzję. Nie jest tak, że zagram ze wszystkimi, mówiąc
krótko, biorę rzeczy, które wydają mi się w jakimś sensie
atrakcyjne.
BF: Starasz się kontrolować repertuar w jakim się pojawiasz?
NAP: Tak, ale oczywiście jako sideman biorę udział w przeróżnych
projektach często stylistycznie odległych od mojego "głównego
nurtu". Ale zawsze ważny jest dla mnie poziom. Jeśli ktoś bierze
pod uwagę moje usługi sidemańskie, to zawsze pytam, kto tam gra,
kto produkuje...
BF: Kto dobrze produkuje muzykę w Polsce?
NAP: To trudne pytanie... Uważam, że w Polsce jesteśmy przy
początkach wykształcenie się funkcji określanej mianem
"producent". Mam przyjemność pracować z wieloma fajnymi ludźmi,
którzy produkują muzykę: Bogdan Kondracki (Ania Dąbrowska,
Brodka), Paweł "Bzim" Zarecki (taki młody jegomość, z którym
gramy u Anki Jopek, współprodukował jej płyty, a ostatnio razem
ze mną wyprodukował płytę Doroty Miśkiewicz), Piotr Siejka
(głównie kompozytor - Edyta Górniak, Natalia Kukulska),
Krzysztof Herdzin, Marcin Pospieszalski... Wymieniam tu
producentów stricte muzycznych, można by rzec
aranżerów-producentów. Inny typ producenta reprezentuje na
przykład Marcin Kydryński, mąż Ani Jopek, który, choć korzysta z
pomocy aranżerów, dba o najdrobniejsze wręcz szczegóły
produkcji. On wie, kto będzie grał, podejmuje wszystkie decyzje
odnośnie utworów, wie jak będzie wyglądała okładka - taki
producent jak Kydryński po prostu wymyśla płytę na długo zanim
zacznie nagrywać. Jeszcze innym rodzajem producenta jest
producent Ross Cullum który przyjechał do nas z Londynu podczas
pracy na angielską płytą Anny Marii Jopek Secret. Ten producent
nie brał udziału w aranżowaniu utworów. Na albumie jest kilka
nowych utworów, coverów Stinga i No Doubt, których
przearanżowaniem i zmianą charakteru zajmowała się Ania Jopek,
Paweł Zarecki i ja. Ross, producent, siedział tylko i mówił - to
fajne, to niefajne. Nie miał jednak żadnej propozycji muzycznej,
natomiast ewidentnie produkował płytę, gdyż to on podejmował
decyzje.
BF: Jaki typ producenta najbardziej Ci odpowiada?
NAP: Z mojego punktu widzenia jako muzyka i przez wzgląd na
jakiś rodzaj intymności, jakiej potrzebuje kreacja w studiu,
najfajniejszy jest kontakt, kiedy pracuję z kimś, kto jest
zarazem producentem i realizatorem. On siedzi za gałami, ja po
drugiej stronie, i robimy sobie nagranie. Tak się pracuje z
Kondrackim, Pawłem Zareckim czy Piotrem Siejką.
BF: Myślisz, że to są ludzie, którzy spowoduję, że w Polsce
pojawią się produkcje na zachodnim poziomie?
NAP: Mam taką nadzieję, przy tym jestem przekonany, że istnieją
setki młodych ludzi, którzy siedzą po domach i uprawiają
homerecording, często na świetnym poziomie. Za chwilę będzie
straszny wysyp dobrych nagrań, o ile ludzie w ogóle będą chcieli
jeszcze kupować płyty... Rozwój technologii postępuje tak
szybko, że w domu można naprawdę dobrze nagrać płytę, dowodem
jest właśnie wymieniony Bogdan Kondracki, którego płyty
nagrywane są w warunkach typowego homerecordingu.
BF: Ty też stałeś się ofiarą homerecordingowej rewolucji.
NAP: Tak, to się musiało stać. Nie robię tego profesjonalnie, w
poważnych sytuacjach nagraniowych wybieram się raczej do kogoś
do studia i tam nagrywam. Kupiłem komputer i kartę RME, żeby móc
pracować nad materiałem w domu i traktuję te nagrania raczej
jako demo. Postarałem się o przyzwoity sprzęt do studia
domowego, mam topowy, lampowy model mikrofonu firmy Oktava,
bardzo dobry preamp Manleya, mogę więc w sytuacjach
ekstremalnych zrobić sobie w domu jakieś nagranie. Odsłuch to
Tannoy PBM 8 oraz słuchawki Sennheiser HD600, co prawda otwarte,
ale mają świetne brzmienie.
BF: Po co gitarzyście, który nagrywa od lat w zawodowych
studiach, takie studio domowe?
NAP: Moim zdaniem coraz częściej będziemy lądować z produkcją
muzyki w domu. Założyłem to ministudio, żeby zaznajomić się z
nowoczesną technologią, nauczyć się programów itd. Na razie nie
robię tego profesjonalnie, ale idąc z duchem czasu jestem
przekonany, że niedługo poziom tych nagrać będzie bardzo wysoki.
Jeszcze pięć lat temu, jak nie miałeś jakiegoś Apogee czy innego
przetwornika to się nie dało tych domowych produkcji słuchać.
Teraz zaś kupujesz normalną kartę muzyczną, taką jak ta moja RME,
i jej przetworniki są znakomite. Także oprogramowanie rozwinęło
się bardzo mocno, w tej chwili pracuję na Cubase SX 3.0.
BF: Jak przygotowywałeś się do nagrywania swojej solowej
płyty?
NAP: Założyłem w tym celu kwartet jazzowy. Zanim wszedłem z
zespołem do studia pograliśmy trochę koncertów, by ograć
materiał i uzyskać wspólną "chemię".
BF: Kto jest kompozytorem utworów na płycie?
NAP: Wszystkie utwory są mojego autorstwa poza jednym, napisanym
wspólnie z Anią Jopek. Kiedy Ania przyjęła zaproszenie, żeby
zaśpiewać na tej płycie, zaproponowała od razu, abyśmy
skomponowali razem piosenkę. Poszedłem do niej, wypiliśmy winko
i w dwa spotkania po trzy godziny każde napisaliśmy sześć
piosenek, nagrywając je na dyktafon. To było coś absolutnie
wyjątkowego. Siedziałem przy gitarze, proponowałem jakieś riffy,
a ona wymyślała melodie. Znamy się i przyjaźnimy od lat, jestem
najbliższym jej współpracownikiem od początku jej kariery, stąd
ta interakcja... Wszystkie te utwory zobaczą światło dzienne.
Najbardziej skomplikowany harmonicznie utwór znalazł się na
mojej płycie (Only a Night Away - przyp.
red.), trzy utwory znalazły się na płycie Anny Marii
Jopek pt. Niebo, która ukazała się w październiku, dwa
pozostałe tez gdzieś pewnie wykorzystamy. Pisze utwory od kiedy
pamiętam, ale mimo iż grałem na tylu płytach, nie czułem
niedosytu czy nadmiernego ciśnienia, żeby wcześniej nagrywać
własną płytę. Czekałem aż będę na to gotowy. Druga sprawa, że w
zalewie różnych produkcji, których tyle teraz powstaje chciałem,
aby moja płyta była w jakimś sensie wyjątkowa. Nawet jeśli
miałaby taka być tylko dla mnie.
BF: W jaki sposób zabierasz się do komponowania?
NAP: Utwory pisze zazwyczaj przy komputerze, ale wiele kawałków
powstało ad hoc, kiedy grałem sobie tematy na akustycznej
gitarze. Takie fragmenty zapamiętuję albo piszę nutki, ale od
jakiegoś czasu - z racji posiadania w domu sprzętu - po prostu
od razu nagrywam. To jest wygodne, bo kiedy coś wymyślisz i
nagrasz możesz od razu posłuchać i zweryfikować, dograć coś
dalej, dobudować. Zdarzają się sytuacje, kiedy wpadam na pomysł
gdzieś w trasie i wtedy nagrywam sobie pomysły na komórkę i po
powrocie rozwijam je w kompozycje.
BF: Gdzie nagrywaliście?
NAP: Nagrywałem płytę w dwóch etapach. Pierwszy etap odbywał się
w studiu radia Olsztyn z realizatorem Rysiem Szmitem. Jeśli
chodzi o technikę nagrywania to płyta powstała w jazzowy sposób.
Do studia wszedł na dwa dni kwartet w składzie: Robert Kubiszyn
na basie, który jest też współproducentem tej płyty, Robert Luty
na perkusji, Piotr Wyleżoł na pianie Fendera i ja na gitarze.
Zarejestrowaliśmy na setkę sześć utworów, grając po kilka
wersji, żeby się wytworzyła jak najlepsza energia. W drugim
etapie tę samą sytuację powtórzyliśmy w S4 w Warszawie,
weszliśmy tam na sześć godzin, z tym, że zamiast Piotra Wyleżoła
na fortepianie grał Leszek Możdżer. Tam nagraliśmy jeszcze trzy
utwory, na żywo, bez żadnych sztuczek studyjnych. Leszek poznał
utwory dzień przed nagraniem, u mnie w domu. Z zespołem graliśmy
dopiero w studiu ale i tak wydzieliła się jakaś magia,
interakcja, którą słuchać w nagraniach. W przypadku tak dobrych
muzyków, jakich udało mi się namówić do współpracy, takie rzeczy
się zdarzają.
Obie zarejestrowane sesje przenieśliśmy w plikach WAV do
programu Cubase, przy czym świetnie spisał się Robert Kubiszyn,
który jest bardzo biegły w sprawach komputerowych. Po
przeniesieniu ścieżek do komputera wybraliśmy najlepsze wersje -
takie, w których najwięcej się wydarzyło, gdzie było najwięcej
interakcji między muzykami. Bardzo chciałem, by płyta była
kolorowa, poprosiłem więc keybordzistę Tomasza Kałwaka, żeby
wedle moich wskazówek aranżacyjnych zaproponował różne, ciekawe
barwy instrumentów klawiszowych. Jego funkcja opisana jest na
płycie jako "sound designer" - tak sobie zażyczył i rzeczywiście
spełnił właśnie taką funkcję. Gotowe ścieżki przekazałem
Leszkowi Kamińskiemu, który zajął się miksowaniem płyty u siebie
w domu, gdzie ma dużo odpowiedniego do tak poważnej pracy
sprzętu. Leszek wykonał też mastering, choć jak mówił była to
ingerencja kosmetyczna, jako że prawdziwą pracę nad brzmieniem
wykonał przy miksie.
BF: Pojawiają się też przy tej produkcji inni goście...
NAP: Wspaniali muzycy, tacy jak Henryk Miśkiewicz, który zagrał
na klarnecie basowym i na saksofonie sopranowym, Dorota
Miśkiewicz zaśpiewała przeróżne etno wokalizy. Krzysztof Herdzin
zagrał jedno solo na fortepianie i Ania Jopek zaśpiewała
piosenkę. Płyta ma różne kolory, są utwory bardzo akustyczne,
duet gitary z samym fortepianem, gitary są elektryczne,
akustyczne, piano Fendera. Cieszę się bardzo, że wszyscy ci
znakomici muzycy, moi przyjaciele, z którymi wcześniej
pracowałem, przyjęli zaproszenie do współpracy przy tej płycie.
BF: Dlaczego opis w książeczce jest po angielsku? Coś się za
tym kryje?
NAP: Wydała to duża firma fonograficzne, Universal, i
niewykluczone, że zostaną podjęte jakieś dalsze kroki
wydawnicze. Wiem już, że płytę chce wydać oddział austriacki.
Uznałem, że lepiej od razu napisać wszystko po angielsku. Płyta
jest adresowana do dosyć specyficznego odbiorcy i nie ma sensu
czy konieczności używania w opisie płyty języka polskiego. Liczę
na to, że być może zostanie to wydane poza krajem. Już raz
Universal wydał jedną z płyt Funky Groove na świat. Może wydadzą
i tę...?
..::prasa::.. //// |