|
 |
..::Jazz
to stan ducha::.. //"Sukces"//
nr 4/2006, rozmawia: Agnieszka Prokopowicz
Marek Napiórkowski, gitarzysta jazzowy, nominowany do Fryderyka
za płytę NAP i w kategorii Muzyk Roku, dojrzał! Przeszedł
przez różne stany podmiotowości muzycznej aby odnaleźć własny,
osobny i jedyny głos, gdzieś na dnie swojej jazzowej duszy.
Album NAP jest tubą tej niepokornej ale i lirycznej
duszy.
AP: Czemu tak długo czekałeś na decyzję o solowym albumie?
NAP: Nie odczuwałem żadnej presji. Specyfika muzyki, którą się
zajmuję polega na tym, że wszyscy członkowie zespołu - zarówno
na koncercie jak i przy nagrywaniu płyt - spełniają funkcję
podmiotową. Nigdy grając w projektach kolegów nie czułem, że
robię coś drugoplanowego, na tym polega jazz, że wszyscy
jesteśmy solistami grającymi do jednej bramki. Gdybym grał u
Britney Spears byłbym tylko akompaniatorem i pewnie szybko
chciałbym zrobić coś własnego, a tak, grając jazz bądź gatunki
pokrewne, nie musiałem się bardziej spełniać, bo czułem, że
tworzę coś ważnego.
AP: Poza tym w wielu z tych projektów, o których wspominasz,
byłeś przecież liderem...
NAP: Tak, lub współliderem. Współprodukowałem wiele rzeczy - z
Dorotą Miśkiewicz, z zespołem Funky Groove i innymi. Dużo
energii i inwencji włożyłem w pracę z Anią Jopek. Pracuję z nią
już osiem lat, przyjaźnimy się, można powiedzieć, że jesteśmy
jak rodzina. W tych produkcjach mój udział był znaczący.
Poczucie podmiotowości było duże, co nie zmuszało do robienia
samodzielnego albumu. Zwlekałem też dlatego, że chciałem, aby
moja pierwsza solowa płyta (po nagraniu około 80 albumów z
innymi wykonawcami) była mocna, dopracowana i warta nagrania,
żeby była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałem. Czułem, że
dojrzewa we mnie myśl o płycie.
AP: Kiedy w twoim życiu pojawiło się rozstaje dróg z napisem
"jazz lub reszta muzyki" i kiedy wiedziałeś dokąd iść?
NAP: Nie było jednego momentu, raczej w płynny sposób wniknąłem
w jazz. Pierwszy raz usłyszałem takie granie w Chodzieży, na
warsztatach jazzowych. Tam poczułem, że to coś niezwykłego i że
nie wyobrażam sobie, że tego w moim życiu nie będzie. To było
coś, do czego pasuje jedynie słowo "wzlot". Nie rozumiałem tego
jeszcze, pamiętam tylko swoje wrażenie, że muzycy improwizując,
latają pod sufitem, że to nie jest zwyczajna muzyka.
AP: Pogadajmy o tym "wzlocie". Na czym polega niezwykłość
jazzu?
NAP: Na głębi, bogactwie i wielkiej wolności. Nie chciałbym
wartościować, bo uprawiam wiele rodzajów muzyki. Ale faktem
jest, że tak jak w niektórych gatunkach muzyk musi odtworzyć
nuty i je zinterpretować podczas koncertu czy nagrania płyty, my
za każdym razem, każdego wieczoru, tworzymy je od początku.
Nigdy nie jest tak samo. To się zawsze dzieje na nowo. Ten
gatunek wyklucza nudę.
AP: Kiedy w muzyce jest nuda?
NAP: Kiedy nie jesteś artystą, lub może inaczej - kiedy nie
bywasz artystą, nie wchodzisz cały, nie oddajesz się, nie
tworzysz od nowa. Nie da się tego opowiedzieć słowami. To
kwestia duszy muzyka, która jest wyczuwalna w utworze. Wybitni
muzycy klasyczni nasycają napisane wcześniej utwory swą
wrażliwością i indywidualnością. Takie interpretacje wzruszają.
AP: Trzeba się z tym urodzić?
NAP: Można obudzić pewne predyspozycje w człowieku poprzez
rozwinięcie jego wrażliwości. Ja na przykład nie myślałem kiedyś
o komponowaniu. Nie czułem, że to we mnie jest. I nagle muzyka
stała się dla mnie rodzajem terapii, rodzajem rytualnego
przejścia z chłopięcości do dorosłości. Kiedy poczułem, że
pewien etap mam za sobą, poczułem, że spotykam się ze sobą samym
na innej płaszczyźnie. Realizując się jako muzyk, spełniałem się
i dojrzewałem jako człowiek. A kiedy działo się to na gruncie
ludzkim, wracałem znowu do muzyki i wtedy czułem, że przyszła
pora coś skomponować, czyli o sobie opowiedzieć. A kiedyś byłem
nieprawdopodobnie nieśmiałym człowiekiem. Na pierwszym
koncercie, jaki zagrałem, stałem prawie tyłem do publiczności.
To było w Jeleniej Górze, miałem 15 lat.
AP: Grałeś kiedyś bluesa... Nie wydaje ci się, że ta muzyka
się kończy? Odchodzi wraz ze starzejącymi się fanami w
dżinsowych kurteczkach z rzednącymi włosami? Nie ma mody na
bluesa. Czemu?
NAP: Mody są zmienne. Ja do tej pory gram bluesa. Czasami.
Tylko, że poszedłem do jazzu, bo chciałem iść w muzyce jeszcze
dalej. Ale bez bluesa nie byłoby jazzu. To są jego korzenie. Do
dziś wolę jedną wyciśniętą z grymasem nutę B.B.Kinga niż
dźwiękowe kaskady "mądrości egipskich" granych bez szczerości i
przekonania. Bo jazz jest piękny, pełen wolności i energii, ale
tylko wtedy, kiedy jest szczery i autentyczny. Jeśli nie jest,
jeśli ktoś w tej muzyce udaje, że ma coś do powiedzenia, to
brzmi źle i wdziera się nuda. Natomiast blues jest szczery i ma
nieprawdopodobną potencję emocjonalną.
AP: Ty mieszasz gatunki, a ludzie lubią je oddzielać,
szufladkować i przyklejać etykietki. Czemu jazz tak często
ostatnio wymyka się tym szufladom?
NAP: Bo jazz to stan ducha, a nie konkretny rodzaj muzyki.
Oczywiście spełnia pewne założenia, ale lubi też przekraczać
granice, na tym polega. W samym założeniu jest pewnym stanem
wolności. Kluczem jest improwizacja. Moja płyta jest po prostu
improwizacją na pewien temat, którą udało się zarejestrować i
lekko ją potem obrobić w studiu. Ale to niepowtarzalne. Stało
się raz. Wtedy w studiu. Wszyscy grali razem, a nie jak w
przypadku na przykład płyt popowych - kiedy nagrywa się każdy
instrument i głos osobno. Ja, Robert Kubiszyn (współproducent
płyty) na basie, Robert Luty na perkusji i wymiennie Leszek
Możdżer i Piotr Wyleżoł na fortepianie nagraliśmy to razem na
tak zwaną "setkę". Potem w fazie postprodukcji Dorota Miśkiewicz
dograła wokalizę do utworu Proxima Parada, Tomasz Kałwak
dodał elektroniczne barwy, po jednej solówce zagrali Henryk
Miśkiewicz i Krzysztof Herdzin, a Anna Maria Jopek zaśpiewała
jedyną piosenkę na płycie. Płyta jest jazzowa bo powstała w
jazzowym duchu, z jazzowymi muzykami.
AP: Leszek Możdżer powiedział mi, że muzycy nie rozmawiają o
tym, co się działo na koncercie, o tym co gracie i jak się wtedy
czujecie...
NAP: Tak, bo to chyba jest tak, jak w udanym związku. Miłość się
czuje i ma się świadomość, kiedy zdarzają się magiczne chwile.
Nie trzeba o tym mówić. Czasem wystarczy jedno spojrzenie. Na
scenie czasem powstaje taka energia, że nie odważyłbym się jej
nazywać słowami, ale zdarza nam się na siebie spojrzeć i tym
spojrzeniu jest pytanie: "Czujesz to samo?", "Coś się dzieje".
Wytwarza się pewna chemia. Zdarza się, że jeśli ta chemia jest
niezwykła i zdarzy się coś magicznego, muzycy chętniej tego
wieczoru po koncercie zaglądają do kieliszka. (śmiech) Ale nie
mówimy sobie: "Ej, ale mi super w siódmym takcie zagrałeś..."
(śmiech). Ta materia jest zbyt delikatna i skomplikowana, by ją
omawiać. Jeśli jest dobrze to i tak wszyscy to wiemy.
AP: Grasz na gitarze od Lindy Manzer - gitarowego
Stradivariusa naszych czasów. Co to znaczy, że gitara ma własny
charakter?
NAP: Linda Manzer to niezwykła osoba. Mieszka sobie w Toronto i
jest ilustracją tezy, że w pracy, którą wykonujemy można
zobaczyć naszą duszę - jeśli robimy to dobrze i szczerze. Linda
ożywia kawałek drewna i wkłada w niego swoja duszę. Żadna inna
gitara na świecie nie brzmi tak jak jej. Jest lutniczką, której
udało się osiągnąć coś niezwykłego, zbudować instrument, który
jest całkiem osobny od innych, jest klarowny, brzmi tak, że
ciarki przechodzą po plecach. Ma ciepły, głęboki ton. Zawsze
marzyłem o takiej gitarze. I miałem wielkie szczęście, podczas
koncertu z Anią Jopek w Toronto, poznać tę kobietę. Zaprosiła
nas potem do siebie, gdzie wszyscy gadali godzinami przy
kominku, ja natomiast, cały czas grałem na tych jej boskich
gitarach. Po kilku godzinach spędzonych w owej muzycznej
świątyni odkupiłem jedną z gitar Lindy. Co jest wielkim
szczęściem, bo te instrumenty robione są na zamówienie, między
innymi dla Pata Metheny i Carlosa Santany.
AP: Oszczędzasz to cacko?
NAP: Coś ty! Przeciwnie, tarmoszę ile się da! Uwielbiam to
brzmienie! Jest piękne!
AP: Na albumie NAP jest też ukłon w stronę muzyki
nowoczesnej - Levitation - utwór pozornie spokojny,
powoli intrygujący a potem pojawia się elektronika. Lubisz
nowoczesność? Czy ona ma duszę?
NAP: Lubię eksperymentować, być na krawędzi różnych stylistyk. O
takiej muzyce mówi się nowoczesna, ale uwierz mi, to też juz
było. W latach 70-tych też tak grano. W muzyce ostatnich lat nie
było wielkich rewolucji, zmienił się trochę dobór brzmień.
Przecież nie jest najważniejsze, by robić coś nowego, tylko, by
robić coś dobrego i swojego. Ważniejsze jest dla mnie bym
wyraził siebie, niż zrobił jeszcze nowocześniejszy projekt niż
koledzy. Największym komplementem jest słowo "naturalny" - jeśli
muzyka, którą gram jest naturalna i prawdziwa, znaczy, że
włożyłem siebie i jestem szczery. Muzyk naturalny to człowiek,
który gra tak, jak się zachowuje. Ale oczywiście szanuję
wszystkich tych, którzy przeprowadzili w muzyce rewolucje
stylistyczne.
AP: Miles Davis?
NAP: Miles... och, jego portret wisi u mnie w domu na ścianie.
Bardzo dużo z tego co najlepsze w muzyce jazzowej zawdzięczamy
właśnie jemu. Jest moim wielkim guru, mistrzem budowania
nastroju. Intrygował wtedy gdy grał, ale także wtedy, kiedy nie
grał - w trakcie tych jego długich pauz. Był genialnym twórcą,
zmieniał kilka razy losy muzyki nie zatracając swego niezwykłego
charakteru. Przechodził przez tak wiele gatunków, a nigdy nie
zatracił siebie. Po jednym dźwięku było wiadomo, że to on.
AP: Czy twój album NAP też będzie rozpoznawalny w
stylu, czy może zaskoczysz fanów, twoich kolegów?
NAP: Wszyscy spodziewali się, znając moje ekspresyjne poczynania
na scenie, że nagram płytę w większości ostrą, żwawą i
energiczną. A tymczasem okazało się, że na scenie szaleje Dr
Jekyll, a Mr Hyde jest bardziej liryczny. W takim sensie ten
album może zaskoczyć.
..::prasa::.. //// |