..::Marek [NAP]iórkowski::.. //strona oficjalna//

news | bio | KonKubiNap | muzyka | live | gitary | foto | prasa | kontakt | linki | facebook | myspace | pressroom

 

..::prasa:.. //o Napiórze//


RECENZJE, zapowiedzi, koncerty

 

KonKubiNap

 

 

Wolno

NAP


..::Recenzja::.. //"Jazz Forum"//
Konrad Żywiecki, nr 1/2 2012


"KonKubiNap" to w dyskografii Marka Napiórkowskiego trzeci solowy projekt, i jak każdy z nich, całkowicie różny od pozostałych. Inna koncepcja, inny skład, ale i niepowtarzalna atmosfera towarzysząca spotkaniu muzyków sprawiły, że płyta niesie ze sobą prawdziwy powiew świeżości. Jednocześnie każdy z muzyków pozostaje tu sobą, każdego z nich poznać można po kilku pierwszych dźwiękach. Razem tworzą zaś prawdziwy dream team.
Marek Napiórkowski, Robert Kubiszyn i Cezary Konrad to postaci, które, zagościwszy niezależnie od siebie na płycie dowolnego wykonawcy, od razu podnoszą rangę takiego albumu. Tym razem mamy okazję usłyszeć całą trójkę w ramach jednego projektu. Potencjał ogromny, oczekiwania również. I ta obawa, czy sprostają zadaniu...
Owszem, nie jest to konkurs. I na szczęście muzycy o tym pamiętają, a to chyba najczęstszy grzech tego typu projektów. Muzycy mają dużo do powiedzenia, i to nie tylko osobno, ale przede wszystkim wspólnie, jako kolektyw. Każdy z muzyków świadomie współtworzy ten organizm, który, co więcej, potrafi przeobrażać się jak kameleon, przez cały czas zachowując jednak swój niepowtarzalny charakter.
Bardzo ciekawie i "nieperkusyjnie" wypadły kompozycje Konrada. Podszyty funkową pulsacją, powściągliwy Vietato Fumare autorstwa lidera powoli, choć konsekwentnie, rozwija się, przechodząc niespotrzeżenie w rozszalały jazz-rock. Mill to z kolei oszczędna ballada, stanowiąca tonujący wstęp do bardzo oryginalnie ujętego Giant Steps Coltrane'a. Wybór tego klasyka to kolejne wyzwanie, któremu trójka stawiła czoła, i to, jak się wydaje, z powodzeniem: wiele już bowiem powiedziano na ten temat, jednak to z pewnością szczególna jego interpretacja.
Nagrań dokonano podczas kilku koncertów w różnych klubach Polski, brzmią jednak spójnie. Formuła koncertowa okazała się doskonałą decyzją, wyraźnie inspirując, dynamizując i ożywiając ideę spotkania trzech gigantów naszego jazzu.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"RadioJazz.fm"//
autor: Robert Ratajczak, 11 stycznia 2012

 

Tak niedawno cieszyć się mogliśmy płytą Krzysztofa Herdzina: ''Looking For Balance'', na której zagrali wszyscy trzej bohaterowie tej płyty (Marek Napiórkowski, Robert Kubiszyn i Cezary Konrad), iż prawdziwą niespodzianką jest wydanie jeszcze w 2011 roku płyty: ''KonKubiNap''.
Lidera projektu: Marka Napiórkowskiego słuchamy już od wielu lat na najróżniejszych płytach i w towarzystwie najznakomitszych artystów, że wymienię choćby: Pata Metheny'ego, Richarda Bonę, Annę Marię Jopek, Tomasza Stańko, Ewę Bem, Wojciecha Karolaka czy Krzysztofa Ścierańskiego. Choć jego nazwisko pojawiło się jak dotąd na około 100 różnych albumach, krążek wydany pod koniec 2011 roku jest dopiero trzecim firmowanym jego nazwiskiem.

Doprawdy, aż trudno uwierzyć słuchając tej płyty, iż materiał na nią złożony został z pięciu koncertów zagranych w różnych miejscach. Dramaturgia zbudowana na płycie robi wrażenie uczestnictwa w jednym wydarzeniu, w tym samym czasie i miejscu.
Płytę wypełniają kompozycje Napiórkowskiego oraz perkusisty projektu Cezarego Konrada, plus dwie zaskakujące interpretacje klasyków: Johna Coltrane'a (''Giant Steps'') i Jaco Pastoriusa (''Havona'').
Choć płyta firmowana jest nazwiskiem Marka Napiórkowskiego od początku mamy do czynienia z brzmieniem bardzo zespołowym, gdzie równoprawnymi z gitarą lidera projektu instrumentami są zarówno: gitara basowa Roberta Kubiszyna, jak i perkusja Konrada. Słychać to już w otwierającej całość kompozycji: ''Allan'', gdzie obie gitary robią wrażenie wzajemnie uzupełniających się, a z kolei pod koniec utworu na plan pierwszy wysuwa się doskonale brzmiąca perkusja.
''Allan'' to jedna z dwóch kompozycji Cezarego Konrada w tym zestawie. Drugą jest spokojny, robiący wrażenie leniwej i sennej impresji: ''Wojtek'' osnuty wokół kojącej i ujmującej melodii, by w części środkowej porwać nas bardziej rozimprowizowanymi partiami gitary mogącej wywoływać chwilami skojarzenia ze sposobem improwizacji znanym nam z płyt choćby Scotta Hendersona czy Johna Scofielda.
Jakże doskonałą sekcją jest tandem Kubiszyn - Konrad wiedzą doskonale miłośnicy współczesnego polskiego jazzu. Na tym krążku klasycznym tego przykładem może być: ''Vietato Fumare'', podczas którego potraktowanie gitary basowej przez Kubiszyna dalece wykracza poza tradycyjne ramy instrumentu rytmicznego, a Konrad wygrywa niezwykłe partie traktując perkusję w sposób właściwy największym mistrzom muzyki improwizowanej. ''Vietato Fumare'' to, obok: ''Giant Steps'' Coltrane'a, najbardziej oscylujący w kierunku free utwór na tej płycie.
Po gitarę akustyczną Napiórkowski sięga w kojącym pomiędzy dwoma dynamicznymi i rozimprowizowanymi utworami: ''Mill''. Mamy tu do czynienia z wrażeniem ogromnej przestrzenii malowanej zarówno przez ciepłe brzmienie gitary akustycznej, jak i akustycznego basu Kubiszyna. Zaskakującym jest zdolność budowania przez trio tak różniących się od siebie klimatów i barw na płycie. Porwani gorącymi i soczystymi partiami agresywnie brzmiącej gitary w jednej chwili, zostajemy w następnej przeniesieni do świata pięknych melodii i malowniczych pasaży opartych na łagodnych brzmieniach akustycznych.
Nieco inne jednak oblicze Napiórkowskiego grającego na akustycznym instrumencie poznajemy w ''Miro''. To utwór niosący w sobie coś z klimatu niepokoju, nasycony jednocześnie brzmieniami bluesa i sposobem traktowania instrumentu w sposób bardziej wirtuozerski niż melodyczny, z wykorzystaniem zawiłych struktur flamenco.
''Giant Steps'' w tej interpretacji odkrywa zgoła inną estetykę standardu Coltrane'a: świetna partia basu przeciwstawiona jest niewyobrażalnej wręcz wirtuozerii gitary solowej a partie perkusji wręcz perfekcyjnie harmonizują całość.
''Havona'' doskonale oddaje pierwotny klimat utworu Pastoriusa, ukazując jednocześnie nieco inne podejście interpretacyjne. Kubiszyn podczas środkowej pełnej basowych impresji części utworu tworzy partie brzmiące nowatorsko, nie pozbawiając jednak utworu specyficznego klimatu.
Jak wspomniałem, mimo iż nagrania dokonane zostały podczas kliku koncertów, zmiksowano je tak, że mamy wrażenie uczestnictwa w jednym doskonałym pod względem dramaturgii koncercie. Swego rodzaju ''bisem'' jest tutaj czwarta spośród kompozycji lidera - dwuczęściowa: ''Wciąż śnisz, Between a Smile and a Tear'', zagrana ponownie na gitarze akustycznej. Jest to najbardziej chyba ''solowo'' brzmiący utwór, w przeciwieństwie do reszty repertuaru płyty, gdzie trio Napiórkowskiego robi wrażenie niezwykle demokratycznego składu.
Czymś co wyraźnie dostrzegamy na płycie jest właśnie wrażenie obcowania z muzykami idealnie wręcz dopasowanymi do siebie i wzajemnie się uzupełniającymi i rozumiejącymi. Zdaję sobie sprawę, iż to dość oklepany frazes stosowany niejednokrotnie przy opisach. Jakże jednak napisać inaczej w odniesieniu do tej płyty?
''KonKubiNap'' to projekt, który mam nadzieję doczeka się kolejnych płyt firmowanych tym szyldem, który posłużyć może jako marka tria... doskonałego.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Audio"//
grudzień 2011


Już tytuł albumu podsuwa skład tria gitarzysty Marka Napiórkowskiego: basistę Roberta Kubiszyna i perkusistę Cezarego Konrada. Nagrań dokonano w pięciu klubach, a zmiksowano tak, jakby to był jeden koncert. Powiem od razu - rewelacyjny koncert. Jeśli nie docenicie go od razu, to tylko dlatego, że nie jesteście sobie w stanie wyobrazić siebie wśród publiczności w jednym z klubów. Ale to się zmieni, już przy drugim przesłuchaniu wślizgniecie się pomiędzy słuchaczy w Łomiankach, Częstochowie, Wrocławiu, Pabianicach bądź w Zielonej Górze, gdzie macie bliżej.

Marek Napiórkowski to rasowy jazzman. Dopiero teraz nabrał wiatru w żagle, pełniąc rolę lidera. Ale jakież on gra solówki na koncertach Anny Marii Jopek czy Henryka Miśkiewicza - buty spadają. Jak zawsze ma obok siebie sekcję rytmiczną Kubiszyn-Konrad, która nie pobłaża liderowi, nieustannie inspiruje go, podsuwa własne rozwiązania, czaruje brzmieniami. Energii perkusisty starczyłoby jeszcze na głośny zespół rockowy. Połowa kompozycji jest dziełem lidera, swoje podsunął też Konrad, są standardy: świetna "Havona" Pastoriusa, zaskakujące "Giant Steps" Coltrane'a. Warto pójść na ten koncert.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Jazzarium.pl"//
autor: Maciej Karłowski


Konkubinat, to jak podaje najbardziej powszechne dziś źródło wiedzy o świecie czyli wikipedia, naturalny związek dwóch osób, podobny do małżeństwa, jednak nieformalny z uwagi na brak rejestracji cywilnej bądź bez religijnego usankcjonowania związku. Nic do tej pory jednak rzeczona wikipedia nie mówi o KonKubiNapie, który jednak być może zostanie wkrótce zdefiniowany.
Spróbujmy więc, mrużąc nieco oko pokusić się przybliżenie, co może kryć się za tym nowym słowem. Bez wątpienia jest to naturalny związek, ale już nie dwojga a trojga ludzi. Czy podobny do małżeństwa to nie wiem, ale wyobrażam sobie, że długoletnia współpraca muzyczna udokumentowana tyloma płytami i koncertami, może zostać kiedyś określona jako stare dobre artystyczne, ale jednak małżeństwo. Jest też zdecydowanie nieformalny, choć najróżniejsze przecież formy na przestrzeni lat przybierał. Cywilnie nie jest zarejestrowany, to prawda i możliwe, że religijnego usankcjonowania także nie ma, ale całkiem jest już prawdopodobne, że jego istotę reguluje kwestia wiary. Bo czy bez niej mogłyby powstać kolejne trzy płyty Marka Napiórkowskiego z udziałem Roberta Kubiszyna?
W ten tandem wkracza tu postać trzecia, Cezary Konrad i to już jest sytuacja prawie mistyczna, bo oto niemal święta trójca nam się wytwarza. W swoich kategoriach trójca złożona z muzyków z samych szczytów rankingowych. Do definicji KONKUBINAPu nie przybliżyliśmy się jak na razie wcale, ale wiemy już, że taki tytuł nosi najnowszy album tria Marka Napiórkowskiego. To inna płyta niż poprzedniczka, nie tak kameralna, choć bywa taka, choćby w utworach „Mill”, „Wciąż się śnisz”, „Miro” czy „Wojtek” sugerującym, że w ogromnym osłuchaniu tria znalazło się chyba także i trochę miejsca dla Johna Abercrombiego.
Tak, osłuchanie to bardzo mocna strona tego tria, może mocniejsza nawet niż umiejętności i warsztat, o którym nie ma co rozprawiać, bo jest światowy. Także nowoczesność podejścia do spraw gitarowego tria. Z Allanem Holdsworthem w tle, z minimalną albo zerową ilością Scofielda i Metheny’ego, ale za to z Scottem Hendersonem, gdzieś z tyłu głowy. Zresztą chyba wcale nie jest aż tak ważne do kogo ci trzej dżentelmeni się odwołują, czy po drodze im z coltrane’owskim „Giant Steps” czy Pastoriusowską „Havoną”. Ważne jest że grają wyśmienicie, brzmią nie mniej świetnie i do tego jeszcze koncertowo.
Nie zawsze jest mi z muzyką Marka Napiórkowskiego po drodze, to prawda, ale nie zmienia to faktu, że nagrał bardzo dobrą płytę.

..::do góry::.. ////


..::20 lat na scenie::.. //"Jazz Forum"//
nr 1-2/2010, autor: Monika Okrój


Podczas Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego Gitara 2009 jeden z naszych najwybitniejszych polskich gitarzystów obchodził 20-lecie pracy artystycznej. Marek Napiórkowski jedynym takim koncertem w Polsce uczcił ten jubileusz na scenie Impartu 22 listopada.
Koncert był wyjątkowy z wielu względów. Napiórkowski do udziału zaprosił gości, z którymi, jak sam podkreślał, miał ogromne szczęście do tej pory współpracować. Na scenie pojawili się: Anna Maria Jopek, Dorota Miśkiewicz, Henryk Miśkiewicz, Artur Lesicki, a sekcję rytmiczną tworzyli Michał Tokaj, Robert Kubiszyn i Paweł Dobrowolski. Jubilat zaprezentował utwory z różnych albumów, o odmiennych charakterach brzmienia, a nawet stylach - wspomnienie zespołu Funky Groove, duetu z Arturem Lesickim jeszcze z wrocławskich czasów, projektów solowych NAP i Wolno, i wreszcie energetycznego Full Drive, oraz nagrań z Dorotą Miśkiewicz i Anną Marią Jopek.
Rotacja na scenie była spora, dzięki temu program koncertu był przekrojowy, przeplatany od czasu do czasu  wspomnieniami, życzeniami kolejnych muzyków, którzy nie kryli sympatii do solenizanta. Ania Jopek podczas muzycznego przekomarzania się z bohaterem wieczoru, okraszonego wymianą czułości, stwierdziła ze śmiechem, że to absolutnie nieprofesjonalne, biorąc pod uwagę ich zachowanie na scenie.
Koncert dopelniło uroczyste wręczenie jubilatowi Złotej Płyty za album Wolno, będące potwierdzeniem muzycznej dyspozycji naszego gitarzysty. Ta wspaniała atmosfera, doskonała akustyka i "drive", który towarzyszył muzykom - przyjaciołom sprawiły, że trzygodzinny koncert był jednym z najlepiej przyjętych wydarzeń festiwalu Gitara 2009.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"www.Infomuzyka.pl"//
autor: Kamila Czarniawska


Po nową płytę znanego polskiego gitarzysty jazzowego sięgnęłam z prawdziwą ciekawością. Znając jego wcześniejsze - bardzo różnorodne nagrania, a wśród nich między innymi ostatni elektryczny album NAP - nie wiedziałam czego od tego wszechstronnego muzyka mogę oczekiwać. Już po wysłuchaniu otwierającego album utworu The Long and Winding Road urzekło mnie akustyczne brzmienie instrumentu Napiórkowskiego. Ta ballada to jedna z piękniejszych pozycji Wolno. Utrzymana w podobnym choć może nieco spokojniejszym klimacie, kompozycja The Sum of All Days, gdzie partie flugelhornu gra Robert Majewski jest pozycją, która z pewnością przypadnie do gustu posiadaczom tej płyty.

Warto wiedzieć, że w nagraniu wzięli udział muzycy, których dokonania znają nie tylko zagorzali miłośnicy jazzu. Za instrumenty perkusyjne odpowiedzialny jest Mino Cinelu. Zaskakuje on słuchacza delikatnym i wręcz magicznym brzmienień swoich przeszkadzajek. Za ich sprawą ta płyta pełna jest momentów, które wychodzą poza jazzowe ramy nakreślone przez lidera. Szereg fortepianowych improwizacji odpowiedzialny jest zaś znakomity polski jazzman Michał Tokaj. W utworze Ravelo usłyszeć można Annę Marię Jopek. Jej wokaliza ciekawie współgra z subtelnym brzmieniem przeszkadzajek Cinelu.

Nic dziwnego, że ten album zatytułowany został po prostu Wolno. Ten tytuł w pełni odzwierciedla to, w jakim stylu nagrana została ta płyta, na której znajduje się szereg utworów, które swoją melancholijnością i liryzmem są jak balsam dla duszy. Pomysłodawca i twórca utworów na niej zawartych, Marek Napiórkowski po raz kolejny udowodnił, że jest muzykiem wysokiej klasy.

..::do góry::.. ////


..::Muzykom wszystko wolno::.. //"Rzeczpospolita"//
24.01.2008, autor: Marek Dusza

 

Koncert kwartetu gitarzysty Marka Napiórkowskiego.

W środku długiej, bo złożonej z 24 koncertów, trasie po Polsce gitarzysta Marek Napiórkowski zawita do jednego ze swoich ulubionych miejsc - Jazz Cafe w Łomiankach. Ten klub ma wyjątkową atmosferę sprzyjającą spontanicznej muzyce improwizowanej.

Marek Napiórkowski, znany również z zespołu akompaniującego Annie Marii Jopek, koncertuje z muzykami, z którymi nagrał swój nowy album Wolno. Towarzyszą mu: pianista Michał Tokaj, kontrabasista Robert Kubiszyn i perkusista Michał Miśkiewicz. Tytuł Wolno nawiązuje do nastrojowego charakteru kompozycji Napiórkowskiego.

Czy chodzi tylko o powolne tempo utworów? Nie, choć muzyk wie doskonale, kiedy przyspieszyć, by utrzymać dramaturgię. A może wszystko tu wolno? Tak, wszakże jest to muzyka improwizowana, w której jedno mocniejsze szarpnięcie strun czy silniejsze uderzenie w klawisze zmienia ekspresję i kierunek, w którym musi podążyć zespół.

Ten album ma jeszcze jedną cechę, którą lubię i cenię najbardziej. Został zarejestrowany w studiu na żywo, bez nakładek i dogrywek. To znaczy, że na żywo zabrzmi bardzo podobnie. A skoro zagrają wytrawni improwizatorzy, można się spodziewać zaskakujących solówek.

Jest i inny powód, dla którego warto wybrać się na koncert kwartetu Marka Napiórkowskiego. W programie znajdzie się z pewnością ballada Beatlesów The Long and Winding Road, w której muzycy pieszczą każdą nutę. To wybitna, zapadająca w pamięć interpretacja.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Hi-Fi i Muzyka"//
styczeń 2008, autor: Grzegorz Walenda

 

Marek Napiórkowski album Wolno zaczął spokojnie, ale kompozycją z najwyższej półki, czyli The Long and Winding Road Lennona i McCartneya. Utwór Beatlesów gitarzysta gra oszczędnie, cedząc poszczególne nuty, jakby do każdej był od lat przywiązany. W tle Michał Tokaj delikatnie przygrywa na fortepianie, a Michał Miśkiewicz rytmicznie "szumi" na werblu i od czasu do czasu budzi do życia talerze. Robert Kubiszyn grzmi mocnymi, ale nienatarczywymi basami.

Po wolnym wstępie tempo przyśpiesza, ale tylko na moment, w kompozycji The Sum of All Days. Rozpoczyna się część niemal w pełni autorska. Trąbka Roberta Majewskiego wprowadza podniosły, ale równocześnie melancholijny nastrój, a Michał Tokaj snuje w tle fortepianowe pasaże.

Vietato Fumare to z kolei popis Roberta Kubiszyna. Jego kontrabas tworzy fundament, na którym Napiórkowski buduje gitarowe melodie i całkiem atrakcyjnie improwizuje. Towarzyszy mu Gregoire Maret na harmonijce ustnej. W nastrojowym utworze tytułowym pojawiają się klimaty ze ścieżek dźwiękowych starych filmów. Gościem specjalnym jest Anna Maria Jopek, współautorka kompozycji Ravelo, w której pojawiają się klimaty latynoskie, bliskie twórczości Jobima. Na zakończenie Maret przygrywa na harmonijce, jak to robią wieczorami na paryskich ulicach.

..::do góry::.. ////


..::Ascetyczne piękno w Imparcie::.. //portal DlaStudenta.pl//
www.dlastudenta.pl, Wrocław, autor: PT

 

Po raz kolejny Marek Napiórkowski pokazał, że jest nieprzeciętnym gitarzystą, który znakomicie sprawdza się w bardzo wielu różnorodnych stylistykach.

Niedzielny koncert w Imparcie był częścią trasy promującej ostatni album Marka Napiórkowskiego Wolno, który urzeka wyciszeniem, kontemplacyjnym nastrojem i soczystością brzmień. Po napełnionej elektronicznymi smaczkami debiutanckiej płycie NAP, krążek Wolno jest apoteozą piękna i kwintesencją akustycznego bogactwa.

Skromne nagłośnienie i intymne oświetlenie w kameralnej sali Impartu (wypełnionej po brzegi) znakomicie współgrało z dźwiękami, którymi częstowali na muzycy przez prawie dwie godziny. Sam Marek Napiórkowski przyzwyczaił nas od lat do przekraczania granic muzycznych stylów, robiąc to na najwyższym poziomie. Swoboda z jaką porusza się po gryfie za każdym razem jednak wzbudza podziw i szacunek. Występ zdominowany był utworami z płyty Wolno, które zahipnotyzowały publiczność czystością przekazu i wyrafinowaniem nieskazitelnie przekazanym przez cały kwartet.

Perkusista Michał Miśkiewicz aktywnie nadawał podstawę rytmiczną. Słychać w jego grze lata współpracy z Tomaszem Stańko, gdzie bardzo dojrzał muzycznie i nauczył się słuchać i reagować na to co mają do powiedzenie inni muzycy na scenie. Jest to obecnie na pewno jeden z najciekawszych bębniarzy młodego pokolenia jazzmanów w Polsce.

Rober Kubiszyn również pokazał się z dobrej strony zarówno na kontrabasie jak i na lutniczym basie akustycznym. Całość uwieńczył niezwykle wyczulony na zawiłości harmoniczne Jacek Tokaj, który lekko, ale bogato stawiał akordy wnikliwie; dyskutując; z gitarą lidera. W hałasie codziennego życie koncert Marka Napiórkowskiego zadziałał jak balsam i przyniósł oczekiwane ukojenie, pozostawiając poczucie muzycznego spełnienia.

..::do góry::.. ////


..::Jazzowe Potyczki: Napiór w Morphine::.. //Radio ŻAK 88,8 MHz//
Studenckie Radio ŻAK Politechniki Łódzkiej, autor: Adrian Gawrysiak

 

Przed koncertem zespołu Marka Napiórkowskiego w Łodzi miałem jedną wielką obawę. Płyta Wolno, którą panowie promowali, szczerze mówiąc bardziej pasuje do wieczorów spędzonych z książką przy kominku (czego w żaden sposób nie traktujcie jako krytykę), a nie do dużego lokalu, jakim jest klub Morphine. Oprócz tego zasmucił mnie brak Michała Miśkiewicza, którego zastępował Łukasz Żyta, do którego jednak bardzo szybko się przekonałem z racji podobnego, abstrakcyjnego podejścia do gry na perkusji. Resztę składu stanowili Robert Kubiszyn na kontrabasie i akustycznej basówce oraz Michał Tokaj na pianinie Rhodesa.

Repertuar wieczoru składał się zarówno z utworów z pierwszej płyty Marka NAP jak i wspomnianej Wolno. W przypadku kompozycji z drugiego krążka bardzo mi brakowało dźwięków harmonijki Gregoire'a Mareta, który na płycie dodał tak wiele barw kompozycjom Gotlandia, czy Between a Smile and a Tear, nie wspominając już o Vietato Fumare (wł. "zakaz palenia") z troszkę funky'owym zacięciem, gdzie Gregoire zachwyca swoją wirtuozerią. Oprócz nich usłyszeć mogliśmy także The Long and Winding Road dedykowane Shirley Horn i kompozycję Miró, która wywołała sprzeczne opinie między mną a redakcyjnym kolegą. Tak jak wcześniej wspomniałem Marek z zespołem sięgnął także po płytę NAP, które jak najbardziej wybroniła się w akustycznych aranżacjach (Proxima Parada). Przedostatnim utworem wieczoru był Astalt, ulice, neony pochodzący z debiutanckiej płyty Doroty Miśkiewicz, a na sam koniec usłyszeliśmy utwór, który do mnie "wraca niczym zmarszczki", czyli jedną z mych ulubionych kompozycji Playing with Myself Eddiego Harrisa. Tę kompozycję Marek bardzo często grał wraz z zespołem Full Drive Henryka Miśkiewicza, co się opłaciło, bo kompozycja ta znakomicie nadaje się na koniec tak udanego wieczoru.

Podsumowanie - warto skoczyć na koncerty promujące płytę Wolno, bo dzięki temu możecie poznać kolejne wcielenie Marka, który swoją drogą jest wciąż za mało doceniany.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Audio"//
listopad 2007, autor: Marek Dusza


Gitarzysta Marek Napiórkowski nagrał swój drugi po NAPie autorski album o wiele sugerującym tytule Wolno. Pierwszy był zdecydowanie elektryczny, ten jest wyłącznie akustyczny, zagrany na nowej gitarze wykonanej przez kanadyjską lutniczkę Lindę Manzer.

Nastrojowy charakter muzyki kojarzy się z balladami śpiewanymi przez Annę Marię Jopek z akompaniamentem właśnie Napiórkowskiego. Jest też nawiązanie do brzmienia ECM-u, głównie za sprawą perkusisty Michała Miśkiewicza. O brzmieniu albumu zdecydowała nie tylko gitara, ale i zaproszeni goście.

Przede wszystkim znany z płyt i koncertów Cassandry Wilson szwajcarski wirtuoz harmonijki ustnej Gregoire Maret, którego słyszymy w czterech nagraniach. Ostre brzmienie jego instrumentu wnosi orzeźwienie do snujących się leniwie improwizacji. W utworze The Sum of All Days znakomite, liryczne solo na trąbce skrzydłówce zagrał Robert Majewski.

Album rozpoczyna jednak zagrany przez kwartet: Napiórkowski, Michał Tokaj - fortepian, Robert Kubiszyn - kontrabas, Michał Miśkiewicz - perkusja, przebój Betlesów The Long and Winding Road. To chyba najwolniejsza wersja, jaką kiedykolwiek nagrano. Doskonale wprowadza w zrelaksowany klimat albumu.

W tym nastroju jest również Gotlandia sugestywnie opisująca surowe, skandynawskie krajobrazy. Jakąś tajemnice kryje w sobie temat Miró. Nie mogło zabraknąć szczególnego gościa: Anny Marii Jopek w piosence Ravelo nagranej z udziałem Mino Cinelu. Albumu Wolno słucha się najlepiej wieczorem, a sprzyjać mu będzie także jesienna i zimowa aura. Wtedy rozgrzeje nas miłymi dla ucha dźwiękami.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Top Guitar"//
listopad 2007, autor: Piotr Nowicki


Płytą tą Napiór trochę zaskoczył, przynajmniej niżej podpisanego. Akustyczny album, pełen zadumy, melancholii, utwory toczące się "wolno" i mocno kontrastujące klimatem z tym wszystkim, co dzieje się wokół - to bardzo oryginalny pomysł. Użycie gitar Lindy Manzer to ryzyko narażenia się na porównanie z Patem Metheny'm, szczególnie gdy do gitar dołączy się tęskne "zawodzenie" harmonijki, jednak po kilku przesłuchaniach uważne ucho zauważy różnicę we frazowaniu, a przede wszystkim w konstrukcji utworów.

Marek w zagrywkach bardziej przypomina mi Carltona, być może z racji blues-rockowego backgroundu i sesyjnych doświadczeń? Nasz topowy gitarzysta czuje się swobodnie w akustycznym otoczeniu, a otwarta forma utworów okazała się świetnym pomysłem. Muzyka płynie niczym rzeka - leniwie i wolno. Możemy do niej wejść, możemy słuchać szemrania tego strumyka, będąc obok, bo jest to muzyka uniwersalna, a - co ważne - ambitna i daleka od smoothjazzowej papki. Gwarantuje relaks wyższych lotów i nie pozbawiony intelektualnych ambicji.

Świetnie zagrali goście: Robert Majewski na trąbce w The Sum of All Days, Michał Tokaj w Gotlandii czy Gregoire Maret na harmonijce w kilku utworach. Niezwykle precyzyjna i umiarkowana gra sekcji Michał Miśkiewicz, Robert Kubiszyn to także atuty tej płyty. Niebagatelną rolę odegrał realizator i autor masteringu Tadeusz Mieczkowski serwując nam iście "zachodnią" jakość.

Polecam, Piotr Nowicki.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Hi-Fi Choice"//
październik 2007, autor: Sylwester Podgórski (Polskie Radio Koszalin); ocena: 5 gwiazdek


O muzyce:

Mówienie o popularnym Napiórze jako o nadwornym gitarzyście Anny Marii Jopek jest tylko częścią prawdy, bardzo istotną ale jakże niepełną. To gitarzysta niezwykle wszechstronny, wrażliwy z ambicjami działalności solowej. Drugi autorski projekt Wolno jest tego najlepszym przykładem. Bez wątpienia należy obecnie do czołówki polskich gitarzystów, a mam wrażenia, że jeśli jego talent rozwijać się będzie w takim tempie to bardzo szybko pozna go Europa i świat (bez kurtuazji sam Pat Metheny bardzo pozytywnie wyrażał się o grze Marka). Od lat kieruje formacją Funky Groove, a jego gitarę można usłyszeć na płytach Brodki, Ewy Bem, Kasi Groniec, Krzysztofa Herdzina, Anny Serafińskiej czy Krystyny Prońko. Odnoszę wrażenie, że ten bardzo wrażliwy gitarzysta przede wszystkim tworzy nastrój, klimat, bawi się dźwiękiem, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Na płycie Wolno czaruje słuchacza kolorem, barwą i przestrzenią. I to już od pierwszych dźwięków znanego tematu spółki Lannon/McCartney The Long And Winding Road. Nie można też uniknąć pewnych skojarzeń z Patem Mathenym, ale wszystko staje się oczywiste w momencie, gdy dowiadujemy się, że Marek gra na gitarze kanadyjskiej lutniczki Lindy Manzer (tej samej która tworzy gitary dla Pata). I jak sam mówi: moja nowa, jasna gitara ma duszę, która mnie zachwyciła, zainspirowała jak żaden poprzedni instrument i postanowiłem nagrać całą tę płytę tylko na niej. I ja, skromny słuchacz, wcale się nie dziwię temu zachwytowi, instrument rzeczywiście brzmi magicznie i trudno jest słowami to brzmienie opisać, jest w tym brzmieniu po prostu dusza, coś co niezwykle rzadko spotyka się dziś w muzyce. Po przesłuchaniu nowych nagrań Napióra nie sposób też odnieść wrażenie, że stylistycznie jest to bardzo zbliżone do dokonań ECM-u i filozofii "najpiękniejszej muzyki powyżej ciszy". To muzyka, która ma niewątpliwie charakter intymnego spotkania, spotkania bardzo kameralnego.
Niebagatelną rolę na płycie odegrał Gregoire Maret, który czaruje dźwięki na harmonijce ustnej niczym "dziadek" Thoots Thielemans, a najciekawsze, że jego gra czasami przypomina grę Pata z tym charakterystycznym syntezatorem gitarowym, przypominającym dźwięk harmonijki. Maret pojawia się gościnnie aż w czterech tematach, a do mnie najbardziej przemówił w utworze Gotlandia i Vietato Fumare.
Miłośnicy muzyki spod znaku Chrisa Bottiego nie będą żałować słuchając takich tematów jak The Sum of All Days i Wolno gdyż Robert Majewski wytwarza swoją grą podobny klimat, a brzmienie jego trąbki jest równie pastelowe i miękkie. Na płycie nie mogło również zabraknąć głosu Anny Marii Jopek, którą usłyszymy w Ravelo. Ciekawa jest historia powstania tego utworu, więc oddajmy głos Markowi: Ravelo napisałem razem z Anią podczas bardzo owocnego dwudniowego muzykowania. Skomponowaliśmy wówczas razem kilka utworów. Trzy z nich znalazły się na płycie Ani Niebo. Jeden trafił na moją pierwszą płytę, ale ten wydawał się nam najładniejszy. Nie chcemy się porównywać z wielkim kompozytorem, ale katarynkowa narracja skojarzyła nam się z Bolerem Ravela. Nie można pominąć także udziału mistrza drugiego planu czyli Mino Cinelu. Końcowy akord płyty czyli utwór Between a Smile and a Tear to już nie przestrzeń a megaprzestrzeń i unoszący się duch Tootsa Thielemansa. Wolne w tempie zakończenie wolnej płyty. Prawie wszyscy za czymś gonimy a ta płyta pozwala nam na chwilę się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć i przede wszystkim POSŁUCHAĆ!

O dźwięku:
Czyste, niczym nie skażone akustyczne brzmienie całości. Realizacja dźwięku Tadeusza Mieczkowskiego znakomita, mamy wrażenie że dźwięk gitary znajduje się w ogromnej przestrzeni. Ta z kolei daje wrażenie "luzu", swego rodzaju muzycznej wolności. Jeśli taka była idea to została zrealizowana niemal perfekcyjnie. Obok nowej płyty Ani Jopek dawno nie słyszałem tak dobrze nagranej płyty polskiego wykonawcy.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Jazz Forum"//
wrzesień 2007, autor: Piotr Iwicki; ocena: 5 gwiazdek


Zacznę z grubej rury. Jeśli macie iść do sklepu z zamiarem zakupu jakiejś ciekawej jazzowej płyty, jeśli macie ochotę wydać kilkadziesiąt złotych inwestując w piękno, jazz - sztukę, to śmiało rzućcie groszem za najnowszy album Marka Napiórkowskiego, spełnionej nadziei gitary naszego jazzu. Krążek Wolno bez wątpienia będzie ozdobą waszej kolekcji, a gdy włożycie go do szufladki odtwarzacza, zamieszka tam na dłużej.

Wolno to elegancja i zarazem powściągliwość, znane z krążków Pata Metheny'ego i Charlie'ego Hadena Beyond the Missouri Sky czy metheny'owsko-scofieldowskiego I Can See Your House from Here. To wspaniałe wyważenie między dobrym smakiem i muzyczną intuicją a nieprzeciętną wirtuozerią pohamowywaną przez inteligencję i szlachetność muzyków.

Napiórkowski zaprosił do studia artystów, którzy w sposób genialny dopasowali się do jego układanki. I choć obecność Gregoire'a Mareta, współpracownika Pata, jest tutaj nie mniej istotnym mostem łączącym ten krążek z metheny'owskim światem, co fakt korzystania przez Napiórkowskiego z akustycznej gitary, która wyszła spod rąk Lindy Mazer, to bardziej możemy mówić o brzmieniowym powinowactwie niż o jakimkolwiek zasłuchaniu czy stylowej kalce. Napiórkowski znakomicie dobiera i tworzy brzmieniowe mikstury, przez co nie korzystając z syntezatorów czy elektrycznych instrumentów, osiąga barwy zbliżone do tych, które jazz z rejonów fusion serwuje nam od lat. Ot, choćby połączenie unisonowe harmonijki Mareta z gitarą na tle fortepianu w Vietato Fumare (przed solówką Mareta zapnijcie pasy!) czy identyczna sztuczka w Gotlandii.

Album unosi się na falach emocji i brzmień płynnie, przez co pochodzące jakby z innej bajki Miró powiewające klimatami jazzu skandynawskiego, jak i melodyczno-strukturalnymi koncepcjami Aarona Coplanda (vide Billy the Kid) staje się nie tyle odskocznią, ile interludium do tematów lirycznych, skupionych, tonalnych. Takim "wtrąceniem" jest też obecność Anny Marii Jopek i Mino Cinelu w Ravelo, które na pewno może być promocyjną lokomotywą albumu w stroniących od jazzu rozgłośniach. Zabieg sprytny, choć moim zdaniem rozbijający spójność płyty, tym bardziej, że Ravelo obniża jej loty. Ale widać tak miało być, uszanujmy wolę szefa.

Pisząc o płytach jazzowych, unikamy słowa "piękno". Boimy się czy też wstydzimy? Pozwolę więc sobie użyć go choćby w stosunku do tytułowej ballady, która wnosi ten krążek na wyżyny nie tylko rodzimego, ale wręcz światowego jazzu. Gra Michała Tokaja, jak i Roberta Majewskiego - palce lizać. Pozwolę też w wypadku Beetween a Smile and a Tear i otwierającego albumu beatlesowskiego The Long and Winding Road. A co tam, pozwolę sobie użyć go w stosunku do całej płyty. Majstersztyk!

..::do góry::.. ////


..::Po co się spieszyć?::.. //"Twój Styl"//
wrzesień 2007


Co zrobić, by zatrzymać czas, a z nim niepowtarzalne chwile? Najlepiej włączyć płytę Marka Napiórkowskiego Wolno. Ludzie z branży nazywają go pierwszą gitarą Rzeczypospolitej. Najczęściej pracuje na sukces innych. Grał z Patem Methenym, Anną Marią Jopek, Dorotą Miśkiewicz. Na szczęście Napiórkowski czasem realizuje projekty autorskie. Druga po albumie NAP solowa płyta jest akustyczna. To świetny, nastrojowy, liryczny jazz.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Zwierciadło"//
sierpień 2007, autor: Daniel Wyszogrodzki


Najlepszy polski gitarzysta w historii wziął już udział w nagraniu ponad setki płyt, lecz dopiero po raz drugi firmuje krążek własnym nazwiskiem. Wolno jest przeciwieństwem debiutanckiego NAPa (2005) – tamta płyta była gęsta, funkowa, podsycona nowoczesną elektroniką. Teraz mamy akustyczny oddech. Owa zmiana dokonała się za sprawą... gitary. Najnowszy instrument mistrza jest dziełem wybitnej kanadyjskiej lutniczki Lindy Manzer (na jej gitarach gra m.in. Pat Metheny). Artysta odnalazł w nim duszę, która zainspirowała jego nowe brzmienie i nowe kompozycje (on sam jest autorem całego materiału, z wyjątkiem The Long and Winding Road Beatlesów). Technika Marka Napiórkowskiego (owoc wielkiego talentu i nie mniejszej pracowitości) słusznie imponuje nam od dawna – na „Wolno” gitarzysta daje dowody najwyższej subtelności, tu nawet temperatura barw wydaje się zmieniać! Wśród gości m.in. Anna Maria Jopek, Mino Cinelu i bardzo interesujący Gregoire Maret na harmonijce.

..::do góry::.. ////


..::Akustyczne granie mistrza Napióra::.. //"Gazeta Wyborcza"//
"Gazeta Wyborcza", Wrocław, 30 lipca 2007, autor: Adam Domagała


Ukazała się nowa płyta Marka Napiórkowskiego. Były jeleniogórzanin i wrocławianin, dziś mieszkaniec stolicy, zaprosił do współpracy znakomitych muzyków z Polski i Europy. Efekt tej pracy olśniewa.

 

Marek Napiórkowski idzie jak burza. Gra jazz (a jako muzyk sesyjny nagrywa dosłownie każdy gatunek muzyki, od popu po filmowe ścieżki dźwiękowe), komponuje, uczy. Karierę zawodowego muzyka rozpoczął we Wrocławiu. Na stałe gra w zespołach Anny Marii Jopek, Henryka Miśkiewicza i Doroty Miśkiewicz, regularnie współpracuje m.in. z Ewą Bem, Krzysztofem Ścierańskim. Z Arturem Lesickim współlideruje zespołowi Funky Groove, na dodatek ma własny kwartet - NAP.
Na swój autorski debiut muzyk znany z ponad setki płyt innych artystów czekał do 35. urodzin. Teraz, dwa lata od elektrycznego albumu NAP, Napiór - jak nazywają go przyjaciele - wydał kolejną płytę. Zupełnie inną od poprzedniczki, dużo dojrzalszą i - choć jest to muzyka bardzo wyrafinowana i kameralna - adresowaną do większego grona słuchaczy.
Ważna jest informacja, od której zaczynały się prasowe komunikaty o tej premierze: Napiórkowski całą muzykę zarejestrowaną na Wolno nagrał na gitarze akustycznej, zbudowanej przez znakomitą lutniczkę z Kanady Lindę Mazner. To instrument, który powstał w tej samej pracowni w Toronto, co słynne gitary Pata Metheny'ego - i ta zbieżność, duchowy, by tak rzec, patronat amerykańskiego geniusza, jest słyszalny niemal w każdej nucie. Wolno - której kręgosłupem jest współpraca grającego na gitarze akustycznej Napiórkowskiego i kontrabasisty Roberta Kubiszyna - nie jest jednak efektem epigońskiej postawy wobec słynnej płyty Beyond the Missouri Sky Metheny'ego i Charliego Hadena. Owszem, uroda i bezpretensjonalność melodii skomponowanych przez Napiórkowskiego przywodzi na myśl dokonania mistrza Pata, ale już pomysł na to, jak w tej dyskretnej poetyce wykorzystać perkusję (Michał Miśkiewicz), fortepian (Michał Tokaj), fluegelhorn (Robert Majewski) i harmonijkę ustną (Gregoire Maret), jest patentem autorskim i niepodważalnym walorem nagrania.
Marek Napiórkowski: - Wolno jest apoteozą chwili. Pochwałą czystego, akustycznego brzmienia i piękna, jakie w nim tkwi od zawsze.
Nic dodać, nic ująć. Wolno zachwyciło mnie przy pierwszym przesłuchaniu i nie przestaje zachwycać przy bodaj już trzydziestym. Ciągle odkrywam tę muzykę - tak pełną niuansów, a jednocześnie uwodzącą prostotą (pozorną, naturalnie, bo co się muzycy przy tych piosenkach namęczyli - to ich).
Osiem z dziewięciu utworów napisał sam Napiórkowski. Płytę rozpoczyna wersja beatlesowskiej piosenki The Long and Winding Road. Harmonię określają mocne, kontrabasowe nuty, rytm - "szurająca" perkusja, a całość oplata fortepianowy ornament.
W mrocznym The Sum of All Days temat grany jest na fluegelhornie przez Roberta Majewskiego. W nim najlepiej uwidacznia się kompozytorsko-aranżerski zamysł lidera: Napiórkowski, sam wirtuoz najwyższego lotu, często rezygnuje z zawłaszczenia całej muzycznej przestrzeni. Czasem całkowicie ustępuje pola innym - np. Vietato Fumare to popis Gregoire'a Mareta.
Z każdym następnym numerem jest jeszcze ciekawie i piękniej. Moje ulubione kompozycje to ballada tytułowa i piosenka Ravelo (z wokalizą Anny Marii Jopek zamiast słów), ubarwiona dyskretnym brzmieniem przeszkadzajek Mino Cinelu. Muzyka co jakiś czas wymyka się z ram nakreślonych przez kompozytora, oddalając się w rejony swobodnej, ale bardzo mądrej improwizacji. I to właśnie umiejętność oderwania się od tego, co w nutach, a potem bezpieczny powrót we właściwym momencie jest największym atutem tej płyty.

..::do góry::.. ////


..::Nawiązania do ECM Records::.. //za www.InfoMusic.pl//
czerwiec 2007, autor: Marek Dusza


Akustyczny album elektrycznego gitarzysty? A może lepiej: liryczna strona ekspresyjnego jazzmana? To jednak zbyt lakoniczne stwierdzenia by oddać bogactwo nastrojów, jakie znajdziemy na nowej płycie Marka Napiórkowskiego Wolno. Zachwyt nad brzmieniem akustycznych instrumentów przeplata się tu z uznaniem dla kunsztu wykonawców. Napiórkowski zaprosił do studia kwartet, z którym często występuje i ufa wyobraŸni każdego z muzyków: pianisty Michała Tokaja, basisty Roberta Kubiszyna i perkusisty Michała Miśkiewicza. W studiu spotkali się też wyjątkowi goście. Niesamowity wirtuoz harmonijki ustnej Gregoire Maret, którego docenili już wcześniej m. in. Cassandra Wilson i Marcus Miller. Teraz jego solówki podnoszą temperaturę albumu Wolno.
Cudownie romantyczną partię na trąbce skrzydłówce zagrał Robert Majewski. I wreszcie jedyna piosenka Ravelo w wykonaniu Anny Marii Jopek z udziałem magicznych instrumentów perkusyjnych Mino Cinelu.
Marek Napiórkowski skomponował niemal cały repertuar albumu. We wspomnianej piosence znaczący udział miała Anna Maria Jopek, ale płytę rozpoczyna standard. Znany, popularny, ale tu niełatwo rozpoznawalny. W piosenkę Beatlesów The Long and Winding Road muzycy włożyli tyle uczucia, że pieszczą każdą nutę stawiając tę interpretację wśród najwybitniejszych i to w światowej skali. Co oznacza tytuł Wolno? Czy powolne tempo utworów? Tak, choć Napiórkowski wie doskonale, kiedy przyspieszyć tempo by utrzymać dramaturgię kompozycji. A może wszystko tu wolno? Tak, wszak to muzyka improwizowana, w której jedno mocniejsze szarpnięcie strun, czy silniejsze uderzenie w klawisze czy bębny zmienia ekspresję muzyki i kierunek, w którym musi podążyć reszta zespołu.
Ten album ma jeszcze jedną cechę, którą lubię i cenię najbardziej. Został zarejestrowany w studio na żywo, bez nakładek i dogrywek. A że czuję się, jakbym tam był obecny to zasługa wszystkich, również realizatora nagrania.

..::do góry::.. ////


..::NAP w Tygmoncie::.. //"Gazeta Wyborcza"//
"Co jest grane?", Warszawa, 16 czerwca 2006, autor: Piotr Iwicki


Przez trzy wieczory na estradzie Jazz Clubu Tygmont gościć będzie jeden z najlepszych polskich zespołów elektrycznego jazzu - formacja NAP, na czele której stoi wybitny gitarzysta Marek Napiórkowski.
Popularny Napiór często określany jest jako gitarzysta łączący w jedność wyobraźnię i elegancję Pata Metheny'ego, rockowy pazur Scotta Hendersona i swingujący zmysł George'a Bensona. Jednak tym "czymś" za co kochają go fani jest niepowtarzalność. Choć tu i tam słychać pewne odniesienia, to nie są to jednak kalki, kopie czegoś, co już było. Atutem lidera jest też umiejętność tworzenia fraz komunikatywnych. Napiórkowski nie brnie w wydumanie, jazz, na którym poznać się mogą tylko... jazzmani. Sam czasami wręcz używa dla swojej muzyki zwrotu "półjazz". Tak czy inaczej, tego co gra świetnie się słucha bez względu na to czy jest się jazzowym żółtodziobem , czy też erudytą oczekującym swingującej rewolucji. Napiór zwyczajnie wie, o co w tej zabawie chodzi, a poszczególne klocki tej układanki zna jak mało kto nad Wisłą.
Na scenie obok lidera zobaczymy Piotra Wyleżoła (instrumenty klawiszowe), Roberta Kubiszyna (bas) i Roberta Lutego (bębny).

..::do góry::.. ////


..::III Zakopiańska Wiosna Jazzowa::.. //"Jazz Forum"//
fragment, nr 6/2006, autor: Bogdan Chmura


Kolejny wieczór z laureatami Jazz Top 2005 rozpoczął Marek Napiórkowski i jego zespół (Piotr Wyleżoł, Robert Kubiszyn, Robert Luty). Słuchaliśmy kompozycji z nowego i wciąż świetnie przyjmowanego albumu lidera NAP, a więc muzyki różnorodnej w charakterze, kolorowej, pełnej przestrzeni i energii. Cały występ został żywo przyjęty przez publiczność; owacjami nagradzano wirtuozowskie i pomysłowo skonstruowane solówki gitarzysty oraz postawę pozostałych członków zespołu, w tym perkusistę Roberta Lutego, grającego także na egzotycznym bębnie udu. Występ Napiórkowskiego miał również doniosłe konsekwencje meteo: nareszcie przestało padać!

..::do góry::.. ////


..::Jazz Kameralnie::.. //"Częstochowska Gazeta Klubowa 42-200"//
nr 1/2006, autor: Michał Walczak

 

"Jazz Kameralnie" to cykl koncertów organizowanych przez OPK Gaude Mater. Po basowych popisach Krzysztofa Ścierańskiego i jego trio przyszedł czas na kawałek solidnego gitarowego jazz-rocka.
W roli głównej wystąpił Marek Napiórkowski - według autora recenzji - najwszechstronniejszy polski gitarzysta. Gitary Marka słychać w większości dobrych krajowych produkcji ostatnich lat - od popu po akustyczny jazz. Koncert w Częstochowie był czwartym z trasy koncertowej promującej solowy album Napiórkowskiego NAP ('05). Oprócz lidera usłyszeliśmy basistę Roberta Kubiszyna, perkusistę Roberta Lutego i Piotra Wyleżoła na instrumentach klawiszowych.
Na koncert złożyły się głównie dość trudne harmonicznie tematy utrzymane w stylistyce fusion, a których korzeni moglibyśmy szukać w muzyce Weather Report czy Johna Scofielda. Nie zabrakło też nastrojowych ballad - tu mistrzostwo w grze na gitarze akustycznej zaprezentował się sam lider.
Jednak na szczególną uwagę zasługiwała gra Kubiszyna, który potrafił umiejętnie połączyć rytm z harmoniami fortepianu i gitarą lidera. W partiach solowych błyszczał wyobraźnią i warsztatem, zachowując przy tym niezwykłą "czujność" na wydarzenia i dźwięki na scenie.
W sumie bardzo udany koncert, a a popularności Marka Napiórkowskiego i jazz-rocka w ogóle świadczyła wypełniona po brzegi (w większości przez młodych ludzi) sala Gaude Mater.
Przypominam również, że Marka Napiórkowskiego i Roberta Kubiszyna będziemy mogli posłuchać na kolejnym koncercie cyklu wraz z zespołem Full Drive Henryka Miśkiewicza.

..::do góry::.. ////


..::Gitarowe debiuty z Polski::.. //"Gazeta Wyborcza"//
1 sierpnia 2005, autor: Adam Domagała


Pierwszy autorski album Marka Napiórkowskiego, "nadwornego" gitarzysty Anny Marii Jopek i współlidera wrocławskiego zespołu Funky Groove, to owoc wielu lat grania praktycznie wszystkich rodzajów muzyki rozrywkowej, komponowania do szuflady i zaprzyjaźniania się z topowymi artystami - na płycie gościnnie udzielają się Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz i Anna Maria Jopek.
NAP to płyta dojrzała, przemyślana, doskonale zagrana i nagrana.
Echa najsłynniejszych jazz-rockowych zespołów - Return to Forever, Weather Report i Pat Metheny Group (sprzed mniej więcej dwudziestu pięciu lat) - są tu wyraźne. Ale przecież to nie skojarzenia z przeszłością stanowią o możliwym sukcesie rynkowym tego niszowego nagrania. Lata współpracy z gwiazdą popu sprawiły, że Napiórkowski świetnie wie, kiedy wyhamować, by nie zderzyć się z gustem odbiorcy, który niekoniecznie lubi bezkompromisowe improwizacje. Nawet kiedy zespół rozpędza się, a dynamika sięga poziomu fortissimo, pozostajemy w bezpiecznym melodyjnym świecie czytelnych harmonii. Lider i kompozytor wszystkich utworów potrafi zagrać z heavymetalową ekspresją (Twist or Blues?), potrafi też ukoić nerwy akustyczną "piosenką bez słów". Only a Night Away z udziałem Jopek stanie się zapewne handlową lokomotywą albumu, choć jego najjaśniejszy klejnot to akustyczny duet z Leszkiem Możdżerem. Szkoda, że taki krótki.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Rzeczpospolita"//
fragment, 29 lipca 2005, autor: Marek Dusza


Muzyka: Nowe albumy Anny Marii Jopek, Leszka Możdżera i Marka Napiórkowskiego. Zagranicznie, jazzowo, klasycznie...


Dwie czołowe postacie sceny jazzowej (i nie tylko): wokalistka Anna Maria Jopek i pianista Leszek Możdżer, wydały nowe albumy. Płytę Secret artystka skierowała przede wszystkim do swoich zagranicznych fanów, natomiast album Live in Warsaw zawiera nagranie koncertu, jaki Możdżer dał w duecie z wiolonczelistą Adamem Klockiem w 1999 r. Do tych utytułowanych artystów dołącza swą debiutancką płytą NAP gitarzysta Marek Napiórkowski, znany z zespołu Anny Marii Jopek. (...)
Ten ostatni należy do ścisłej czołówki polskich gitarzystów jazzowych. O jego grze z uznaniem wypowiadał się sam Pat Metheny. Teraz Napiórkowski prezentuje autorskie dzieło NAP nagrane z muzykami, z którymi tworzy zespół akompaniujący Annie Marii Jopek: basistą Robertem Kubiszynem i Henrykiem Miśkiewiczem. Gościnnie wystąpiło tu aż trzech pianistów - Możdżer, Krzysztof Herdzin i Piotr Wyleżoł. Album ma mocne jazzowe momenty w solówkach lidera, ale jego melodyjne kompozycje nasuwają skojarzenia z bardziej popularną muzyką. Prawdziwą ozdobą płyty są wokalistki: Anna Maria Jopek, śpiewająca po angielsku napisaną wspólnie z Napiórkowskim piosenkę Only a Night Away do słów Niny Madhoo, oraz Dorota Miśkiewicz. Jej sugestywne wokalizy tworzą z gitarą intrygujący dwugłos. Jak zawsze na najwyższym poziomie zagrał swoje partie Leszek Możdżer. (...)

..::do góry::.. ////


..::Czary gitary::.. //"Wprost"//
nr 28/2005


Miękkie głosy Anny Marii Jopek i Doroty Miśkiewicz, pianistyka Leszka Możdżera i Krzysztofa Herdzina, saksofon Henryka Miśkiewicza...
To nie tylko to, co w jazzie mamy najlepsze, ale także część "zespołu marzeń", z jakim nagrał swój piękny album Marek Napiórkowski. Podobnie jak Pat Metheny polski mistrz gra swoje kompozycje na kilku gitarach i również w klimacie trudno uniknąć porównań z twórczością Metheny'go. Na tym jednak analogie się kończą, bo udział gwiazd spowodował, że NAP nie jest zdominowany przez sprawcę przedsięwzięcia. Najbardziej elektryzujący utwór z albumu In Between to zapierający dech, brawurowy pojedynek Napiórkowskiego z Możdżerem, a najpiękniejszy - jedyna na płycie piosenka śpiewana przez Annę Marię Jopek. W całości pierwsza światowa liga! (JM)

..::do góry::.. ////


..::Marek Niedźwiecki poleca::.. //"Wprost i Kultura"//
Warszawa, 18-31 lipca 2005


Marek Napiórkowski na co dzień gra na gitarze w grupie Anny Marii Jopek. Szefowa pozwala mu jednak na skoki w bok i całe szczęście, bo to wspaniały skok! Takiego jazzu mogę słuchać zawsze! Muzyka i granie to pasje Marka. Bawi się dźwiękiem. Tworzy cudowne nastroje. Więcej rekomendacji nie trzeba. Dodam tylko, że udało mu się zaprosić do realizacji albumu swoich kolegów po fachu. Pierwsza liga. Piosenkę Only a Night Away śpiewa Anna Maria Jopek. W chórkach pojawia się Dorota Miśkiewicz. Listę gości uzupełniają Henryk Miśkiewicz, Robert Kubiszyn, Robert Luty, Krzysztof Herdzin, Piotr Wyleżoł, Tomasz Kałwak i Leszek Możdżer, którego fortepian w utworze Niedopowiedziane to mistrzostwo świata i okolic! Już dziś jedna z moich ulubionych jazzowych płyt roku.

..::do góry::.. ////


..::Recenzja::.. //"Zwierciadło"//
wrzesień 2005, autor: Daniel Wyszogrodzki


Ten album przekonuje ostatecznie że Marek Napiórkowski to juz dzisiaj prawdziwy PGR (tu: Pierwsza Gitara Rzeczpospolitej). Młody gitarzysta wyrósł na naszych oczach na prawdziwego mistrza, umie zagrać wszystko - wystąpił na przeszło 70 płytach. Jest jednym z współtwórców kariery Anny Marii Jopek, która śpiewa gościnnie w kompozycji Only a Night Away. Gitarzyście towarzyszy tu m.in. Leszek Możdżer i Henryk Miśkiewicz.
Muzyka Napa jest eklektyczna, słychać w niej wpływ wirtuozów instrumentu: od wielkiego Johna McLaughlina po modnego Pata Metheny (poprzez Scofielda, Frisella czy Sterna). Niech to jednak nie zabrzmi jak zarzut. Napiórkowski posiadł encyklopedyczną znajomość gitarowych technik, ale wykorzystuje je z lekkością, wdziękiem i siłą. I w tym jest sobą!

..::do góry::.. ////


..::Drogi Napiórze::.. //"Jazz Forum"//
nr 7-8/2005, autor: Piotr Iwicki


Drogi Napiórze! Nie ukrywam, ze czekałem na ten album z ciekawością, bowiem znając Twoje artystyczne horyzonty, ściślej, ich stylistyczną rozległość, można było spodziewać się niemal każdej muzyki. Ty wybrałeś tylko pewien mały wyrywek, gdzieś między elektrycznym graniem w konwencji Frisella (Niedopowiedziane), dynamiką Hendersona (Vicious Desire), dźwiękową retoryką Holdswortha (In Between), tu i tam podszytą czymś co kochamy w Sternie i Abercrombie'm. Na dobrą sprawę, po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka, mógłby zakończyć tutaj pisanie do Ciebie, oświadczając, że pewnie część gitarowej braci będzie miała za złe Tobie, że nagrałeś tak piękny i mądry album, którego każdorazowe przesłuchanie ujawnia "smaczki", ot dźwiękowe ciekawostki, a poprzeczka zawieszona przez Ciebie, to dla większości, rzecz nie do przeskoczenia. Cieszy mnie, że w improwizacjach nie zatracasz melodyjności (NAP) na rzecz banalnych, gitarowych progresji, jak i to, że nie boicie się z twoją znakomitą kompanią uciekać do żartu (vide solo Możdżera w In Between). Nagrałeś bardzo kolorową płytę, na której soczyste brzmienie fendera Piotra Wyleżoła, jak choćby Twist or Blues? przenosi nas duszą do czasów wczesnego GRP Records Dave'a Grusina i Lee Ritenoura, a konkuruje z ciepłem głosu Anny Marii Jopek. To, że artystycznie znacie się jak przysłowiowe "łyse konie", pisać po waszych koncertowych maratonach, nawet nie wypada. Phil Collins mawia, że jeśli bębny w zespole brzmią dobrze, to cały zespół brzmi świetnie. Co tu ukrywać, zaangażowanie Roberta Lutego, chyba odrobinę niedocenionego drumera na naszej scenie, w moich oczach jawi się jako pokerowa zagrywka. To właśnie on w dużej mierze przesądza o energii w tych kompozycjach, które stylistycznie odwołują się do szeroko pojmowanego nurtu fusion. Potrafi jednak delikatnie muskać blaszki i szczotkować bębenki tam, gdzie wypada to zrobić choćby po to, aby z instrumentu zmieść kurz prawie rockowej energii (nastrojowa ballada Only a Night Away). Chyba najlepszym komplementem dla artysty działającego na europejskim rynku, jest opinia, że jego muzyka nie idzie na pasku światowych mód, a jego frazy nie amerykanizują się pod dyktando innych gitarowych tuzów. Na tym kończę tych kilka zdań, i idę kolejny raz nacisnąć klawisz "play" w moim odtwarzaczu, w kieszeni którego Twój album zamieszkał chyba na dłużej.

..::do góry::.. ////


..::NAPomnienie gitary::.. //"The Teacher"//
autor: Stanisław Wanatowicz


Doczekaliśmy się wreszcie autorskiej płyty Marka Napiórkowskiego - postaci wybitnej na polskiej scenie jazzowej pod każdym względem. Fakt, czekać musieliśmy bardzo długo, ale jak poucza doświadczenie - cierpliwość się opłaca. Tak też jest w przypadku albumu NAP.

W zasadzie recenzję tej płyty mógłbym zakończyć na wymienieniu samych osobistości, które brały udział w jej tworzeniu. Postaci takie jak: Anna Maria Jopek, Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz, Dorota Miśkiewicz czy Krzysztof Herdzin są wystarczającą rekomendacją nie tylko do jej przesłuchania, ale i pozytywnej oceny. Świadomie łamiąc w tym miejscu dziennikarską zasadę pozwolę sobie powiedzieć, że niemożliwe jest negatywne ocenienie albumu. Nawet, jeśli już próbuje się w niej znaleźć słabe strony to jest to zadanie żmudne i ciężkie!
Jak to bywa z płytami tego gatunku, może on trafić w ręce słuchacza przypadkowego, albo w ręce jazzowego fanatyka. Ten pierwszy prawdopodobnie zasłyszy płytę przypadkiem, w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach (nawiasem mówiąc: polski rynek muzyczny tego typu produkcje ma przeważnie w głębokim poważaniu, ale wszak nie o tym mowa). Co do jazzowego fanatyka, to kieruje się on łapczywą ciekawością, a szanse na zawód NAP-em ma znikome.
Osobiście łatwiej jest mi ocenić płytę z poziomu "amatora". Bliżej jest mi do takiej postawy, niźli jazzowego "wyjadacza", który dostrzeże w niej liczne zapewne wątki, motywy i nawiązania do szeroko pojętej klasyki jazzu i nie tylko (czyż solo Możdżera w In Between nie wywodzi się z jobimowskiego Girl from Ipanema?). W NAP-ie uderza przede wszystkim liryczność kompozycji. Brylanty, które świecą najjaśniej to Wciąż się śnisz i Niedopowiedzenie. Są to kawałki idealne na romantyczną kolację, albo na zwykłe pogaduszki w dusznym pubowym pomieszczeniu. Napiórkowski jednak atakuje mocniejszymi utworami nawiązującymi do bluesowych standardów i funkowego grania. I są one ważne! Bez nich płyta zamieniałby się w romantyczną balladę - perfekcyjnie wykonaną, ale jednak dość tendencyjną. Tymczasem album jawi się jako różnorodny i barwny, miejscami frywolny, szybki, dynamiczny, by w innych miejscach zwolnić w nostalgicznym tonie. Żaden artysta grający na tym albumie z Napiórkowskim na czele nie przekracza pewnej granicy, która pozwala zakwalifikować płytę do klasyki, a nie eksperymentalnego grania na pograniczu gatunków. Zwolennicy eklektyzmu muzycznego mogą być więc zawiedzieni, podobnie jak amatorzy syntezy jazzu z elektroniką, która na płycie Napa występuje w ilościach znikomych. Być może w płycie NAP chodzi o coś zupełnie innego... Parę charakterystycznych, łatwo wpadających w ucho akordów z otwierającego album Levitation znakomicie wprowadzają nas w klimat podróży, w jaką chce nas zabrać Napiórkowski. Oczywiste jest, że nie każdy w tej podróży wszystko od razu polubi, bowiem ta w samej swojej definicji jest w pewnych miejscach niewygodna i trudna. Istotą udanej podróży jest natomiast fakt zadowolenia jej uczestnika i wspomnień, jakie w nim pozostawia. A tego albumowi NAP odmówić nie można.
Nawet jeśli zamiast gitary wolimy coltrane'owski saksofon albo davisowską trąbkę to i tak NAP-a warto posłuchać. Choćby po to, aby zaznajomić się z tym gatunkiem jazzu. Dla nielicznych "przypadkowych słuchaczy" płyta ta może być dobrą lekcją, która może przerodzić się w "nawrócenie". Dlatego polecam ją wszystkim, przede wszystkim zaś "przypadkowemu słuchaczowi", bowiem żadnego jazzomaniaka, zwłaszcza konesera gitary, do konsumpcji tej płyty namawiać nie trzeba.

..::do góry::.. ////


 

© 2005-2011 www.MAREKNAPIORKOWSKI.com