| |
 |
..::prasa:.. //o
Napiórze//
RECENZJE, zapowiedzi, koncerty
KonKubiNap
Wolno
-
20 lat na scenie,
"Jazz Forum", nr 1-2/2010, autor: Monika Okrój
-
www.Infomusic.pl,
autor: Kamila Czerniawska
-
Muzykom
wszystko wolno, Rzeczpospolita, 24.01.2008, autor: Marek
Dusza
-
"Hi-Fi i Muzyka",
styczeń 2008, autor: Grzegorz Walenda
-
Ascetyczne
piękno w Imparcie, portal DlaStudenta.pl, Wrocław
-
Jazzowe
Potyczki: Napiór w Morphine, Radio ŻAK 88,8 MHz, autor:
Adrian Gawrysiak
-
"Audio", listopad
2007, autor: Marek Dusza
-
"Top Guitar",
listopad 2007, autor: Piotr Nowicki
-
"Hi-Fi Choice",
październik 2007, autor: Sylwester Podgórski
-
"Jazz Forum",
wrzesień 2007, autor: Piotr Iwicki
-
Po co się
spieszyć?, "Twój Styl", wrzesień 2007
-
"Zwierciadło",
sierpień 2007, autor: Daniel Wyszogrodzki
-
Akustyczne granie
mistrza Napióra, "Gazeta Wyborcza", Wrocław, 30 lipca
2007, autor: Adam Domagała
-
Nawiązania do ECM Records, za www.InfoMusic.pl, czerwiec 2007, autor: Marek Dusza
NAP
-
NAP w Tygmoncie, "Gazeta Wyborcza: Co
jest grane?", Warszawa, 16 czerwca 2006, autor: Piotr Iwicki
-
III Zakopiańska Wiosna Jazzowa
(fragment), "Jazz Forum", nr 6/2006, autor: Bogdan Chmura
-
Jazz Kameralnie,
"Częstochowska Gazeta Klubowa 42-200", nr 1/2006, autor:
Michał Walczak
-
Gitarowe debiuty z Polski, "Gazeta
Wyborcza", 1 sierpnia 2005, autor: Adam Domagała
-
"Rzeczpospolita" (fragment), 29 lipca
2005, autor: Marek Dusza
-
Czary gitary, "Wprost", nr 28/2005,
autor: JM
-
Marek Niedźwiecki poleca, "Wprost i
Kultura", Warszawa, 18-31 lipca 2005
-
"Zwierciadło", wrzesień 2005, autor:
Daniel Wyszogrodzki
-
Drogi Napiórze, "Jazz Forum", nr
7-8/2005, autor: Piotr Iwicki
-
NAPomnienie gitary, "The Teacher",
autor: Stanisław Wanatowicz
..::Recenzja::..
//"Jazz Forum"//
Konrad Żywiecki, nr 1/2 2012
"KonKubiNap" to w dyskografii Marka Napiórkowskiego trzeci
solowy projekt, i jak każdy z nich, całkowicie różny od
pozostałych. Inna koncepcja, inny skład, ale i niepowtarzalna
atmosfera towarzysząca spotkaniu muzyków sprawiły, że płyta
niesie ze sobą prawdziwy powiew świeżości. Jednocześnie każdy z
muzyków pozostaje tu sobą, każdego z nich poznać można po kilku
pierwszych dźwiękach. Razem tworzą zaś prawdziwy dream team.
Marek Napiórkowski, Robert Kubiszyn i Cezary Konrad to postaci,
które, zagościwszy niezależnie od siebie na płycie dowolnego
wykonawcy, od razu podnoszą rangę takiego albumu. Tym razem mamy
okazję usłyszeć całą trójkę w ramach jednego projektu. Potencjał
ogromny, oczekiwania również. I ta obawa, czy sprostają
zadaniu...
Owszem, nie jest to konkurs. I na szczęście muzycy o tym
pamiętają, a to chyba najczęstszy grzech tego typu projektów.
Muzycy mają dużo do powiedzenia, i to nie tylko osobno, ale
przede wszystkim wspólnie, jako kolektyw. Każdy z muzyków
świadomie współtworzy ten organizm, który, co więcej, potrafi
przeobrażać się jak kameleon, przez cały czas zachowując jednak
swój niepowtarzalny charakter.
Bardzo ciekawie i "nieperkusyjnie" wypadły kompozycje Konrada.
Podszyty funkową pulsacją, powściągliwy Vietato Fumare
autorstwa lidera powoli, choć konsekwentnie, rozwija się,
przechodząc niespotrzeżenie w rozszalały jazz-rock. Mill
to z kolei oszczędna ballada, stanowiąca tonujący wstęp do
bardzo oryginalnie ujętego Giant Steps Coltrane'a.
Wybór tego klasyka to kolejne wyzwanie, któremu trójka stawiła
czoła, i to, jak się wydaje, z powodzeniem: wiele już bowiem
powiedziano na ten temat, jednak to z pewnością szczególna jego
interpretacja.
Nagrań dokonano podczas kilku koncertów w różnych klubach
Polski, brzmią jednak spójnie. Formuła koncertowa okazała się
doskonałą decyzją, wyraźnie inspirując, dynamizując i ożywiając
ideę spotkania trzech gigantów naszego jazzu.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::..
//"RadioJazz.fm"//
autor: Robert Ratajczak,
11 stycznia 2012
Tak niedawno cieszyć się mogliśmy płytą
Krzysztofa Herdzina: ''Looking For Balance'', na której zagrali
wszyscy trzej bohaterowie tej płyty (Marek Napiórkowski, Robert
Kubiszyn i Cezary Konrad), iż prawdziwą niespodzianką jest
wydanie jeszcze w 2011 roku płyty: ''KonKubiNap''.
Lidera projektu: Marka Napiórkowskiego słuchamy już od wielu lat
na najróżniejszych płytach i w towarzystwie najznakomitszych
artystów, że wymienię choćby: Pata Metheny'ego, Richarda Bonę,
Annę Marię Jopek, Tomasza Stańko, Ewę Bem, Wojciecha Karolaka
czy Krzysztofa Ścierańskiego. Choć jego nazwisko pojawiło się
jak dotąd na około 100 różnych albumach, krążek wydany pod
koniec 2011 roku jest dopiero trzecim firmowanym jego
nazwiskiem.
Doprawdy, aż trudno uwierzyć słuchając tej płyty, iż materiał na
nią złożony został z pięciu koncertów zagranych w różnych
miejscach. Dramaturgia zbudowana na płycie robi wrażenie
uczestnictwa w jednym wydarzeniu, w tym samym czasie i miejscu.
Płytę wypełniają kompozycje Napiórkowskiego oraz perkusisty
projektu Cezarego Konrada, plus dwie zaskakujące interpretacje
klasyków: Johna Coltrane'a (''Giant Steps'') i Jaco Pastoriusa
(''Havona'').
Choć płyta firmowana jest nazwiskiem Marka Napiórkowskiego od
początku mamy do czynienia z brzmieniem bardzo zespołowym, gdzie
równoprawnymi z gitarą lidera projektu instrumentami są zarówno:
gitara basowa Roberta Kubiszyna, jak i perkusja Konrada. Słychać
to już w otwierającej całość kompozycji: ''Allan'', gdzie obie
gitary robią wrażenie wzajemnie uzupełniających się, a z kolei
pod koniec utworu na plan pierwszy wysuwa się doskonale brzmiąca
perkusja.
''Allan'' to jedna z dwóch kompozycji Cezarego Konrada w tym
zestawie. Drugą jest spokojny, robiący wrażenie leniwej i sennej
impresji: ''Wojtek'' osnuty wokół kojącej i ujmującej melodii,
by w części środkowej porwać nas bardziej rozimprowizowanymi
partiami gitary mogącej wywoływać chwilami skojarzenia ze
sposobem improwizacji znanym nam z płyt choćby Scotta Hendersona
czy Johna Scofielda.
Jakże doskonałą sekcją jest tandem Kubiszyn - Konrad wiedzą
doskonale miłośnicy współczesnego polskiego jazzu. Na tym krążku
klasycznym tego przykładem może być: ''Vietato Fumare'', podczas
którego potraktowanie gitary basowej przez Kubiszyna dalece
wykracza poza tradycyjne ramy instrumentu rytmicznego, a Konrad
wygrywa niezwykłe partie traktując perkusję w sposób właściwy
największym mistrzom muzyki improwizowanej. ''Vietato Fumare''
to, obok: ''Giant Steps'' Coltrane'a, najbardziej oscylujący w
kierunku free utwór na tej płycie.
Po gitarę akustyczną Napiórkowski sięga w kojącym pomiędzy dwoma
dynamicznymi i rozimprowizowanymi utworami: ''Mill''. Mamy tu do
czynienia z wrażeniem ogromnej przestrzenii malowanej zarówno
przez ciepłe brzmienie gitary akustycznej, jak i akustycznego
basu Kubiszyna. Zaskakującym jest zdolność budowania przez trio
tak różniących się od siebie klimatów i barw na płycie. Porwani
gorącymi i soczystymi partiami agresywnie brzmiącej gitary w
jednej chwili, zostajemy w następnej przeniesieni do świata
pięknych melodii i malowniczych pasaży opartych na łagodnych
brzmieniach akustycznych.
Nieco inne jednak oblicze Napiórkowskiego grającego na
akustycznym instrumencie poznajemy w ''Miro''. To utwór niosący
w sobie coś z klimatu niepokoju, nasycony jednocześnie
brzmieniami bluesa i sposobem traktowania instrumentu w sposób
bardziej wirtuozerski niż melodyczny, z wykorzystaniem zawiłych
struktur flamenco.
''Giant Steps'' w tej interpretacji odkrywa zgoła inną estetykę
standardu Coltrane'a: świetna partia basu przeciwstawiona jest
niewyobrażalnej wręcz wirtuozerii gitary solowej a partie
perkusji wręcz perfekcyjnie harmonizują całość.
''Havona'' doskonale oddaje pierwotny klimat utworu Pastoriusa,
ukazując jednocześnie nieco inne podejście interpretacyjne.
Kubiszyn podczas środkowej pełnej basowych impresji części
utworu tworzy partie brzmiące nowatorsko, nie pozbawiając jednak
utworu specyficznego klimatu.
Jak wspomniałem, mimo iż nagrania dokonane zostały podczas kliku
koncertów, zmiksowano je tak, że mamy wrażenie uczestnictwa w
jednym doskonałym pod względem dramaturgii koncercie. Swego
rodzaju ''bisem'' jest tutaj czwarta spośród kompozycji lidera -
dwuczęściowa: ''Wciąż śnisz, Between a Smile and a Tear'',
zagrana ponownie na gitarze akustycznej. Jest to najbardziej
chyba ''solowo'' brzmiący utwór, w przeciwieństwie do reszty
repertuaru płyty, gdzie trio Napiórkowskiego robi wrażenie
niezwykle demokratycznego składu.
Czymś co wyraźnie dostrzegamy na płycie jest właśnie wrażenie
obcowania z muzykami idealnie wręcz dopasowanymi do siebie i
wzajemnie się uzupełniającymi i rozumiejącymi. Zdaję sobie
sprawę, iż to dość oklepany frazes stosowany niejednokrotnie
przy opisach. Jakże jednak napisać inaczej w odniesieniu do tej
płyty?
''KonKubiNap'' to projekt, który mam nadzieję doczeka się
kolejnych płyt firmowanych tym szyldem, który posłużyć może jako
marka tria... doskonałego.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::..
//"Audio"//
grudzień 2011
Już tytuł albumu podsuwa skład tria gitarzysty Marka
Napiórkowskiego: basistę Roberta Kubiszyna i perkusistę Cezarego
Konrada. Nagrań dokonano w pięciu klubach, a zmiksowano tak,
jakby to był jeden koncert. Powiem od razu - rewelacyjny
koncert. Jeśli nie docenicie go od razu, to tylko dlatego, że
nie jesteście sobie w stanie wyobrazić siebie wśród publiczności
w jednym z klubów. Ale to się zmieni, już przy drugim
przesłuchaniu wślizgniecie się pomiędzy słuchaczy w Łomiankach,
Częstochowie, Wrocławiu, Pabianicach bądź w Zielonej Górze,
gdzie macie bliżej.
Marek Napiórkowski to
rasowy jazzman. Dopiero teraz nabrał wiatru w żagle, pełniąc
rolę lidera. Ale jakież on gra solówki na koncertach Anny Marii
Jopek czy Henryka Miśkiewicza - buty spadają. Jak zawsze ma obok
siebie sekcję rytmiczną Kubiszyn-Konrad, która nie pobłaża
liderowi, nieustannie inspiruje go, podsuwa własne rozwiązania,
czaruje brzmieniami. Energii perkusisty starczyłoby jeszcze na
głośny zespół rockowy. Połowa kompozycji jest dziełem lidera,
swoje podsunął też Konrad, są standardy: świetna "Havona"
Pastoriusa, zaskakujące "Giant Steps" Coltrane'a. Warto pójść na
ten koncert.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::..
//"Jazzarium.pl"//
autor: Maciej Karłowski
Konkubinat, to jak podaje najbardziej powszechne dziś źródło
wiedzy o świecie czyli wikipedia, naturalny związek dwóch osób,
podobny do małżeństwa, jednak nieformalny z uwagi na brak
rejestracji cywilnej bądź bez religijnego usankcjonowania
związku. Nic do tej pory jednak rzeczona wikipedia nie mówi o
KonKubiNapie, który jednak być może zostanie wkrótce
zdefiniowany.
Spróbujmy więc, mrużąc nieco oko pokusić się przybliżenie, co
może kryć się za tym nowym słowem. Bez wątpienia jest to
naturalny związek, ale już nie dwojga a trojga ludzi. Czy
podobny do małżeństwa to nie wiem, ale wyobrażam sobie, że
długoletnia współpraca muzyczna udokumentowana tyloma płytami i
koncertami, może zostać kiedyś określona jako stare dobre
artystyczne, ale jednak małżeństwo. Jest też zdecydowanie
nieformalny, choć najróżniejsze przecież formy na przestrzeni
lat przybierał. Cywilnie nie jest zarejestrowany, to prawda i
możliwe, że religijnego usankcjonowania także nie ma, ale
całkiem jest już prawdopodobne, że jego istotę reguluje kwestia
wiary. Bo czy bez niej mogłyby powstać kolejne trzy płyty Marka
Napiórkowskiego z udziałem Roberta Kubiszyna?
W ten tandem wkracza tu postać trzecia, Cezary Konrad i to już
jest sytuacja prawie mistyczna, bo oto niemal święta trójca nam
się wytwarza. W swoich kategoriach trójca złożona z muzyków z
samych szczytów rankingowych. Do definicji KONKUBINAPu
nie przybliżyliśmy się jak na razie wcale, ale wiemy już, że
taki tytuł nosi najnowszy album tria Marka Napiórkowskiego. To
inna płyta niż poprzedniczka, nie tak kameralna, choć bywa taka,
choćby w utworach „Mill”, „Wciąż się śnisz”, „Miro” czy „Wojtek”
sugerującym, że w ogromnym osłuchaniu tria znalazło się chyba
także i trochę miejsca dla Johna Abercrombiego.
Tak, osłuchanie to bardzo mocna strona tego tria, może
mocniejsza nawet niż umiejętności i warsztat, o którym nie ma co
rozprawiać, bo jest światowy. Także nowoczesność podejścia do
spraw gitarowego tria. Z Allanem Holdsworthem w tle, z minimalną
albo zerową ilością Scofielda i Metheny’ego, ale za to z Scottem
Hendersonem, gdzieś z tyłu głowy. Zresztą chyba wcale nie jest
aż tak ważne do kogo ci trzej dżentelmeni się odwołują, czy po
drodze im z coltrane’owskim „Giant Steps” czy Pastoriusowską „Havoną”.
Ważne jest że grają wyśmienicie, brzmią nie mniej świetnie i do
tego jeszcze koncertowo.
Nie zawsze jest mi z muzyką Marka Napiórkowskiego po drodze, to
prawda, ale nie zmienia to faktu, że nagrał bardzo dobrą płytę.
..::do góry::.. ////
..::20 lat na scenie::..
//"Jazz Forum"//
nr 1-2/2010, autor: Monika Okrój
Podczas Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego Gitara 2009 jeden z
naszych najwybitniejszych polskich gitarzystów obchodził
20-lecie pracy artystycznej. Marek Napiórkowski jedynym takim
koncertem w Polsce uczcił ten jubileusz na scenie Impartu 22
listopada.
Koncert był wyjątkowy z wielu względów. Napiórkowski do udziału
zaprosił gości, z którymi, jak sam podkreślał, miał ogromne
szczęście do tej pory współpracować. Na scenie pojawili się:
Anna Maria Jopek, Dorota Miśkiewicz, Henryk Miśkiewicz, Artur
Lesicki, a sekcję rytmiczną tworzyli Michał Tokaj, Robert
Kubiszyn i Paweł Dobrowolski. Jubilat zaprezentował utwory z
różnych albumów, o odmiennych charakterach brzmienia, a nawet
stylach - wspomnienie zespołu Funky Groove, duetu z Arturem
Lesickim jeszcze z wrocławskich czasów, projektów solowych
NAP i Wolno, i wreszcie energetycznego Full Drive,
oraz nagrań z Dorotą Miśkiewicz i Anną Marią Jopek.
Rotacja na scenie była spora, dzięki temu program koncertu był
przekrojowy, przeplatany od czasu do czasu wspomnieniami,
życzeniami kolejnych muzyków, którzy nie kryli sympatii do
solenizanta. Ania Jopek podczas muzycznego przekomarzania się z
bohaterem wieczoru, okraszonego wymianą czułości, stwierdziła ze
śmiechem, że to absolutnie nieprofesjonalne, biorąc pod uwagę
ich zachowanie na scenie.
Koncert dopelniło uroczyste wręczenie jubilatowi Złotej Płyty za
album Wolno, będące potwierdzeniem muzycznej dyspozycji
naszego gitarzysty. Ta wspaniała atmosfera, doskonała akustyka i
"drive", który towarzyszył muzykom - przyjaciołom sprawiły, że
trzygodzinny koncert był jednym z najlepiej przyjętych wydarzeń
festiwalu Gitara 2009.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"www.Infomuzyka.pl"//
autor: Kamila Czarniawska
Po nową płytę znanego polskiego gitarzysty jazzowego sięgnęłam z
prawdziwą ciekawością. Znając jego wcześniejsze - bardzo
różnorodne nagrania, a wśród nich między innymi ostatni
elektryczny album NAP - nie wiedziałam czego od tego
wszechstronnego muzyka mogę oczekiwać. Już po wysłuchaniu
otwierającego album utworu The Long and Winding Road
urzekło mnie akustyczne brzmienie instrumentu Napiórkowskiego.
Ta ballada to jedna z piękniejszych pozycji Wolno.
Utrzymana w podobnym choć może nieco spokojniejszym klimacie,
kompozycja The Sum of All Days, gdzie partie flugelhornu
gra Robert Majewski jest pozycją, która z pewnością przypadnie
do gustu posiadaczom tej płyty.
Warto wiedzieć, że w nagraniu wzięli udział muzycy, których
dokonania znają nie tylko zagorzali miłośnicy jazzu. Za
instrumenty perkusyjne odpowiedzialny jest Mino Cinelu.
Zaskakuje on słuchacza delikatnym i wręcz magicznym brzmienień
swoich przeszkadzajek. Za ich sprawą ta płyta pełna jest
momentów, które wychodzą poza jazzowe ramy nakreślone przez
lidera. Szereg fortepianowych improwizacji odpowiedzialny jest
zaś znakomity polski jazzman Michał Tokaj. W utworze Ravelo
usłyszeć można Annę Marię Jopek. Jej wokaliza ciekawie współgra
z subtelnym brzmieniem przeszkadzajek Cinelu.
Nic dziwnego, że ten album zatytułowany został po prostu
Wolno. Ten tytuł w pełni odzwierciedla to, w jakim stylu
nagrana została ta płyta, na której znajduje się szereg utworów,
które swoją melancholijnością i liryzmem są jak balsam dla
duszy. Pomysłodawca i twórca utworów na niej zawartych, Marek
Napiórkowski po raz kolejny udowodnił, że jest muzykiem wysokiej
klasy.
..::do góry::.. ////
..::Muzykom wszystko wolno::..
//"Rzeczpospolita"//
24.01.2008, autor: Marek Dusza
Koncert kwartetu
gitarzysty Marka Napiórkowskiego.
W środku długiej, bo
złożonej z 24 koncertów, trasie po Polsce gitarzysta Marek
Napiórkowski zawita do jednego ze swoich ulubionych miejsc -
Jazz Cafe w Łomiankach. Ten klub ma wyjątkową atmosferę
sprzyjającą spontanicznej muzyce improwizowanej.
Marek Napiórkowski, znany
również z zespołu akompaniującego Annie Marii Jopek, koncertuje
z muzykami, z którymi nagrał swój nowy album Wolno.
Towarzyszą mu: pianista Michał Tokaj, kontrabasista Robert
Kubiszyn i perkusista Michał Miśkiewicz. Tytuł Wolno
nawiązuje do nastrojowego charakteru kompozycji Napiórkowskiego.
Czy chodzi tylko o
powolne tempo utworów? Nie, choć muzyk wie doskonale, kiedy
przyspieszyć, by utrzymać dramaturgię. A może wszystko tu wolno?
Tak, wszakże jest to muzyka improwizowana, w której jedno
mocniejsze szarpnięcie strun czy silniejsze uderzenie w klawisze
zmienia ekspresję i kierunek, w którym musi podążyć zespół.
Ten album ma jeszcze
jedną cechę, którą lubię i cenię najbardziej. Został
zarejestrowany w studiu na żywo, bez nakładek i dogrywek. To
znaczy, że na żywo zabrzmi bardzo podobnie. A skoro zagrają
wytrawni improwizatorzy, można się spodziewać zaskakujących
solówek.
Jest i inny powód, dla
którego warto wybrać się na koncert kwartetu Marka
Napiórkowskiego. W programie znajdzie się z pewnością ballada
Beatlesów The Long and Winding Road, w której muzycy
pieszczą każdą nutę. To wybitna, zapadająca w pamięć
interpretacja.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Hi-Fi i
Muzyka"//
styczeń 2008, autor: Grzegorz Walenda
Marek Napiórkowski album
Wolno zaczął spokojnie, ale kompozycją z najwyższej
półki, czyli The Long and Winding Road Lennona i
McCartneya. Utwór Beatlesów gitarzysta gra oszczędnie, cedząc
poszczególne nuty, jakby do każdej był od lat przywiązany. W tle
Michał Tokaj delikatnie przygrywa na fortepianie, a Michał
Miśkiewicz rytmicznie "szumi" na werblu i od czasu do czasu
budzi do życia talerze. Robert Kubiszyn grzmi mocnymi, ale
nienatarczywymi basami.
Po wolnym wstępie tempo
przyśpiesza, ale tylko na moment, w kompozycji The Sum of All
Days. Rozpoczyna się część niemal w pełni autorska. Trąbka
Roberta Majewskiego wprowadza podniosły, ale równocześnie
melancholijny nastrój, a Michał Tokaj snuje w tle fortepianowe
pasaże.
Vietato Fumare to
z kolei popis Roberta Kubiszyna. Jego kontrabas tworzy
fundament, na którym Napiórkowski buduje gitarowe melodie i
całkiem atrakcyjnie improwizuje. Towarzyszy mu Gregoire Maret na
harmonijce ustnej. W nastrojowym utworze tytułowym pojawiają się
klimaty ze ścieżek dźwiękowych starych filmów. Gościem
specjalnym jest Anna Maria Jopek, współautorka kompozycji
Ravelo, w której pojawiają się klimaty latynoskie, bliskie
twórczości Jobima. Na zakończenie Maret przygrywa na harmonijce,
jak to robią wieczorami na paryskich ulicach.
..::do góry::.. ////
..::Ascetyczne piękno w
Imparcie::.. //portal DlaStudenta.pl//
www.dlastudenta.pl, Wrocław, autor: PT
Po raz kolejny Marek
Napiórkowski pokazał, że jest nieprzeciętnym gitarzystą, który
znakomicie sprawdza się w bardzo wielu różnorodnych
stylistykach.
Niedzielny koncert w
Imparcie był częścią trasy promującej ostatni album Marka
Napiórkowskiego Wolno, który urzeka wyciszeniem,
kontemplacyjnym nastrojem i soczystością brzmień. Po napełnionej
elektronicznymi smaczkami debiutanckiej płycie NAP,
krążek Wolno jest apoteozą piękna i kwintesencją
akustycznego bogactwa.
Skromne nagłośnienie i
intymne oświetlenie w kameralnej sali Impartu (wypełnionej po
brzegi) znakomicie współgrało z dźwiękami, którymi częstowali na
muzycy przez prawie dwie godziny. Sam Marek Napiórkowski
przyzwyczaił nas od lat do przekraczania granic muzycznych
stylów, robiąc to na najwyższym poziomie. Swoboda z jaką porusza
się po gryfie za każdym razem jednak wzbudza podziw i szacunek.
Występ zdominowany był utworami z płyty Wolno, które
zahipnotyzowały publiczność czystością przekazu i wyrafinowaniem
nieskazitelnie przekazanym przez cały kwartet.
Perkusista Michał
Miśkiewicz aktywnie nadawał podstawę rytmiczną. Słychać w jego
grze lata współpracy z Tomaszem Stańko, gdzie bardzo dojrzał
muzycznie i nauczył się słuchać i reagować na to co mają do
powiedzenie inni muzycy na scenie. Jest to obecnie na pewno
jeden z najciekawszych bębniarzy młodego pokolenia jazzmanów w
Polsce.
Rober Kubiszyn również
pokazał się z dobrej strony zarówno na kontrabasie jak i na
lutniczym basie akustycznym. Całość uwieńczył niezwykle
wyczulony na zawiłości harmoniczne Jacek Tokaj, który lekko, ale
bogato stawiał akordy wnikliwie; dyskutując; z gitarą lidera. W
hałasie codziennego życie koncert Marka Napiórkowskiego
zadziałał jak balsam i przyniósł oczekiwane ukojenie,
pozostawiając poczucie muzycznego spełnienia.
..::do góry::.. ////
..::Jazzowe Potyczki:
Napiór w Morphine::.. //Radio ŻAK 88,8 MHz//
Studenckie Radio ŻAK Politechniki Łódzkiej, autor: Adrian
Gawrysiak
Przed koncertem zespołu
Marka Napiórkowskiego w Łodzi miałem jedną wielką obawę. Płyta
Wolno, którą panowie promowali, szczerze mówiąc bardziej
pasuje do wieczorów spędzonych z książką przy kominku (czego w
żaden sposób nie traktujcie jako krytykę), a nie do dużego
lokalu, jakim jest klub Morphine. Oprócz tego zasmucił mnie brak
Michała Miśkiewicza, którego zastępował Łukasz Żyta, do którego
jednak bardzo szybko się przekonałem z racji podobnego,
abstrakcyjnego podejścia do gry na perkusji. Resztę składu
stanowili Robert Kubiszyn na kontrabasie i akustycznej basówce
oraz Michał Tokaj na pianinie Rhodesa.
Repertuar wieczoru
składał się zarówno z utworów z pierwszej płyty Marka NAP
jak i wspomnianej Wolno. W przypadku kompozycji z
drugiego krążka bardzo mi brakowało dźwięków harmonijki
Gregoire'a Mareta, który na płycie dodał tak wiele barw
kompozycjom Gotlandia, czy Between a Smile and a Tear,
nie wspominając już o Vietato Fumare (wł. "zakaz
palenia") z troszkę funky'owym zacięciem, gdzie Gregoire
zachwyca swoją wirtuozerią. Oprócz nich usłyszeć mogliśmy także
The Long and Winding Road dedykowane Shirley Horn i
kompozycję Miró, która wywołała sprzeczne opinie między
mną a redakcyjnym kolegą. Tak jak wcześniej wspomniałem Marek z
zespołem sięgnął także po płytę NAP, które jak
najbardziej wybroniła się w akustycznych aranżacjach (Proxima
Parada). Przedostatnim utworem wieczoru był Astalt,
ulice, neony pochodzący z debiutanckiej płyty Doroty
Miśkiewicz, a na sam koniec usłyszeliśmy utwór, który do mnie
"wraca niczym zmarszczki", czyli jedną z mych ulubionych
kompozycji Playing with Myself Eddiego Harrisa. Tę
kompozycję Marek bardzo często grał wraz z zespołem Full Drive
Henryka Miśkiewicza, co się opłaciło, bo kompozycja ta
znakomicie nadaje się na koniec tak udanego wieczoru.
Podsumowanie - warto
skoczyć na koncerty promujące płytę Wolno, bo dzięki temu
możecie poznać kolejne wcielenie Marka, który swoją drogą jest
wciąż za mało doceniany.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Audio"//
listopad 2007, autor: Marek Dusza
Gitarzysta Marek Napiórkowski nagrał swój drugi po NAPie
autorski album o wiele sugerującym tytule Wolno. Pierwszy
był zdecydowanie elektryczny, ten jest wyłącznie akustyczny,
zagrany na nowej gitarze wykonanej przez kanadyjską lutniczkę
Lindę Manzer.
Nastrojowy charakter
muzyki kojarzy się z balladami śpiewanymi przez Annę Marię Jopek
z akompaniamentem właśnie Napiórkowskiego. Jest też nawiązanie
do brzmienia ECM-u, głównie za sprawą perkusisty Michała
Miśkiewicza. O brzmieniu albumu zdecydowała nie tylko gitara,
ale i zaproszeni goście.
Przede wszystkim znany z
płyt i koncertów Cassandry Wilson szwajcarski wirtuoz harmonijki
ustnej Gregoire Maret, którego słyszymy w czterech nagraniach.
Ostre brzmienie jego instrumentu wnosi orzeźwienie do snujących
się leniwie improwizacji. W utworze The Sum of All Days
znakomite, liryczne solo na trąbce skrzydłówce zagrał Robert
Majewski.
Album rozpoczyna jednak
zagrany przez kwartet: Napiórkowski, Michał Tokaj - fortepian,
Robert Kubiszyn - kontrabas, Michał Miśkiewicz - perkusja,
przebój Betlesów The Long and Winding Road. To chyba
najwolniejsza wersja, jaką kiedykolwiek nagrano. Doskonale
wprowadza w zrelaksowany klimat albumu.
W tym nastroju jest
również Gotlandia sugestywnie opisująca surowe,
skandynawskie krajobrazy. Jakąś tajemnice kryje w sobie temat
Miró. Nie mogło zabraknąć szczególnego gościa: Anny Marii
Jopek w piosence Ravelo nagranej z udziałem Mino Cinelu.
Albumu Wolno słucha się najlepiej wieczorem, a sprzyjać
mu będzie także jesienna i zimowa aura. Wtedy rozgrzeje nas
miłymi dla ucha dźwiękami.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Top
Guitar"//
listopad 2007, autor: Piotr Nowicki
Płytą tą Napiór trochę zaskoczył, przynajmniej niżej
podpisanego. Akustyczny album, pełen zadumy, melancholii, utwory
toczące się "wolno" i mocno kontrastujące klimatem z tym
wszystkim, co dzieje się wokół - to bardzo oryginalny pomysł.
Użycie gitar Lindy Manzer to ryzyko narażenia się na porównanie
z Patem Metheny'm, szczególnie gdy do gitar dołączy się tęskne
"zawodzenie" harmonijki, jednak po kilku przesłuchaniach uważne
ucho zauważy różnicę we frazowaniu, a przede wszystkim w
konstrukcji utworów.
Marek w zagrywkach
bardziej przypomina mi Carltona, być może z racji
blues-rockowego backgroundu i sesyjnych doświadczeń? Nasz topowy
gitarzysta czuje się swobodnie w akustycznym otoczeniu, a
otwarta forma utworów okazała się świetnym pomysłem. Muzyka
płynie niczym rzeka - leniwie i wolno. Możemy do niej wejść,
możemy słuchać szemrania tego strumyka, będąc obok, bo jest to
muzyka uniwersalna, a - co ważne - ambitna i daleka od
smoothjazzowej papki. Gwarantuje relaks wyższych lotów i nie
pozbawiony intelektualnych ambicji.
Świetnie zagrali goście:
Robert Majewski na trąbce w The Sum of All Days, Michał
Tokaj w Gotlandii czy Gregoire Maret na harmonijce w
kilku utworach. Niezwykle precyzyjna i umiarkowana gra sekcji
Michał Miśkiewicz, Robert Kubiszyn to także atuty tej płyty.
Niebagatelną rolę odegrał realizator i autor masteringu Tadeusz
Mieczkowski serwując nam iście "zachodnią" jakość.
Polecam, Piotr Nowicki.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Hi-Fi
Choice"//
październik 2007, autor: Sylwester Podgórski (Polskie Radio
Koszalin); ocena: 5 gwiazdek
O muzyce:
Mówienie o popularnym
Napiórze jako o nadwornym gitarzyście Anny Marii Jopek jest
tylko częścią prawdy, bardzo istotną ale jakże niepełną. To
gitarzysta niezwykle wszechstronny, wrażliwy z ambicjami
działalności solowej. Drugi autorski projekt Wolno jest
tego najlepszym przykładem. Bez wątpienia należy obecnie do
czołówki polskich gitarzystów, a mam wrażenia, że jeśli jego
talent rozwijać się będzie w takim tempie to bardzo szybko pozna
go Europa i świat (bez kurtuazji sam Pat Metheny bardzo
pozytywnie wyrażał się o grze Marka). Od lat kieruje formacją
Funky Groove, a jego gitarę można usłyszeć na płytach Brodki,
Ewy Bem, Kasi Groniec, Krzysztofa Herdzina, Anny Serafińskiej
czy Krystyny Prońko. Odnoszę wrażenie, że ten bardzo wrażliwy
gitarzysta przede wszystkim tworzy nastrój, klimat, bawi się
dźwiękiem, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Na płycie Wolno
czaruje słuchacza kolorem, barwą i przestrzenią. I to już od
pierwszych dźwięków znanego tematu spółki Lannon/McCartney
The Long And Winding Road. Nie można też uniknąć pewnych
skojarzeń z Patem Mathenym, ale wszystko staje się oczywiste w
momencie, gdy dowiadujemy się, że Marek gra na gitarze
kanadyjskiej lutniczki Lindy Manzer (tej samej która tworzy
gitary dla Pata). I jak sam mówi: moja nowa, jasna gitara ma
duszę, która mnie zachwyciła, zainspirowała jak żaden poprzedni
instrument i postanowiłem nagrać całą tę płytę tylko na niej.
I ja, skromny słuchacz, wcale się nie dziwię temu zachwytowi,
instrument rzeczywiście brzmi magicznie i trudno jest słowami to
brzmienie opisać, jest w tym brzmieniu po prostu dusza, coś co
niezwykle rzadko spotyka się dziś w muzyce. Po przesłuchaniu
nowych nagrań Napióra nie sposób też odnieść wrażenie, że
stylistycznie jest to bardzo zbliżone do dokonań ECM-u i
filozofii "najpiękniejszej muzyki powyżej ciszy". To muzyka,
która ma niewątpliwie charakter intymnego spotkania, spotkania
bardzo kameralnego.
Niebagatelną rolę na płycie odegrał Gregoire Maret, który
czaruje dźwięki na harmonijce ustnej niczym "dziadek" Thoots
Thielemans, a najciekawsze, że jego gra czasami przypomina grę
Pata z tym charakterystycznym syntezatorem gitarowym,
przypominającym dźwięk harmonijki. Maret pojawia się gościnnie
aż w czterech tematach, a do mnie najbardziej przemówił w
utworze Gotlandia i Vietato Fumare.
Miłośnicy muzyki spod znaku Chrisa Bottiego nie będą żałować
słuchając takich tematów jak The Sum of All Days i
Wolno gdyż Robert Majewski wytwarza swoją grą podobny
klimat, a brzmienie jego trąbki jest równie pastelowe i miękkie.
Na płycie nie mogło również zabraknąć głosu Anny Marii Jopek,
którą usłyszymy w Ravelo. Ciekawa jest historia powstania
tego utworu, więc oddajmy głos Markowi: Ravelo napisałem
razem z Anią podczas bardzo owocnego dwudniowego muzykowania.
Skomponowaliśmy wówczas razem kilka utworów. Trzy z nich
znalazły się na płycie Ani Niebo. Jeden trafił na moją
pierwszą płytę, ale ten wydawał się nam najładniejszy. Nie
chcemy się porównywać z wielkim kompozytorem, ale katarynkowa
narracja skojarzyła nam się z Bolerem Ravela. Nie
można pominąć także udziału mistrza drugiego planu czyli Mino
Cinelu. Końcowy akord płyty czyli utwór Between a Smile and a
Tear to już nie przestrzeń a megaprzestrzeń i unoszący się
duch Tootsa Thielemansa. Wolne w tempie zakończenie wolnej
płyty. Prawie wszyscy za czymś gonimy a ta płyta pozwala nam na
chwilę się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć i przede wszystkim
POSŁUCHAĆ!
O dźwięku:
Czyste, niczym nie skażone akustyczne brzmienie całości.
Realizacja dźwięku Tadeusza Mieczkowskiego znakomita, mamy
wrażenie że dźwięk gitary znajduje się w ogromnej przestrzeni.
Ta z kolei daje wrażenie "luzu", swego rodzaju muzycznej
wolności. Jeśli taka była idea to została zrealizowana niemal
perfekcyjnie. Obok nowej płyty Ani Jopek dawno nie słyszałem tak
dobrze nagranej płyty polskiego wykonawcy.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Jazz
Forum"//
wrzesień 2007, autor: Piotr Iwicki; ocena: 5 gwiazdek
Zacznę z grubej rury. Jeśli macie iść do sklepu z zamiarem
zakupu jakiejś ciekawej jazzowej płyty, jeśli macie ochotę wydać
kilkadziesiąt złotych inwestując w piękno, jazz - sztukę, to
śmiało rzućcie groszem za najnowszy album Marka Napiórkowskiego,
spełnionej nadziei gitary naszego jazzu. Krążek Wolno bez
wątpienia będzie ozdobą waszej kolekcji, a gdy włożycie go do
szufladki odtwarzacza, zamieszka tam na dłużej.
Wolno to elegancja
i zarazem powściągliwość, znane z krążków Pata Metheny'ego i
Charlie'ego Hadena Beyond the Missouri Sky czy
metheny'owsko-scofieldowskiego I Can See Your House from Here.
To wspaniałe wyważenie między dobrym smakiem i muzyczną intuicją
a nieprzeciętną wirtuozerią pohamowywaną przez inteligencję i
szlachetność muzyków.
Napiórkowski zaprosił do
studia artystów, którzy w sposób genialny dopasowali się do jego
układanki. I choć obecność Gregoire'a Mareta, współpracownika
Pata, jest tutaj nie mniej istotnym mostem łączącym ten krążek z
metheny'owskim światem, co fakt korzystania przez
Napiórkowskiego z akustycznej gitary, która wyszła spod rąk
Lindy Mazer, to bardziej możemy mówić o brzmieniowym
powinowactwie niż o jakimkolwiek zasłuchaniu czy stylowej kalce.
Napiórkowski znakomicie dobiera i tworzy brzmieniowe mikstury,
przez co nie korzystając z syntezatorów czy elektrycznych
instrumentów, osiąga barwy zbliżone do tych, które jazz z
rejonów fusion serwuje nam od lat. Ot, choćby połączenie
unisonowe harmonijki Mareta z gitarą na tle fortepianu w
Vietato Fumare (przed solówką Mareta zapnijcie pasy!) czy
identyczna sztuczka w Gotlandii.
Album unosi się na falach
emocji i brzmień płynnie, przez co pochodzące jakby z innej
bajki Miró powiewające klimatami jazzu skandynawskiego,
jak i melodyczno-strukturalnymi koncepcjami Aarona Coplanda
(vide Billy the Kid) staje się nie tyle odskocznią, ile
interludium do tematów lirycznych, skupionych, tonalnych. Takim
"wtrąceniem" jest też obecność Anny Marii Jopek i Mino Cinelu w
Ravelo, które na pewno może być promocyjną lokomotywą
albumu w stroniących od jazzu rozgłośniach. Zabieg sprytny, choć
moim zdaniem rozbijający spójność płyty, tym bardziej, że
Ravelo obniża jej loty. Ale widać tak miało być, uszanujmy
wolę szefa.
Pisząc o płytach
jazzowych, unikamy słowa "piękno". Boimy się czy też wstydzimy?
Pozwolę więc sobie użyć go choćby w stosunku do tytułowej
ballady, która wnosi ten krążek na wyżyny nie tylko rodzimego,
ale wręcz światowego jazzu. Gra Michała Tokaja, jak i Roberta
Majewskiego - palce lizać. Pozwolę też w wypadku Beetween a
Smile and a Tear i otwierającego albumu beatlesowskiego
The Long and Winding Road. A co tam, pozwolę sobie użyć go w
stosunku do całej płyty. Majstersztyk!
..::do góry::.. ////
..::Po co się spieszyć?::.. //"Twój
Styl"//
wrzesień 2007
Co zrobić, by zatrzymać czas, a z nim niepowtarzalne chwile?
Najlepiej włączyć płytę Marka Napiórkowskiego Wolno.
Ludzie z branży nazywają go pierwszą gitarą Rzeczypospolitej.
Najczęściej pracuje na sukces innych. Grał z Patem Methenym,
Anną Marią Jopek, Dorotą Miśkiewicz. Na szczęście Napiórkowski
czasem realizuje projekty autorskie. Druga po albumie NAP
solowa płyta jest akustyczna. To świetny, nastrojowy, liryczny
jazz.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::..
//"Zwierciadło"//
sierpień 2007, autor: Daniel Wyszogrodzki
Najlepszy polski gitarzysta w historii wziął już udział w
nagraniu ponad setki płyt, lecz dopiero po raz drugi firmuje
krążek własnym nazwiskiem. Wolno jest przeciwieństwem
debiutanckiego NAPa (2005) – tamta płyta była gęsta,
funkowa, podsycona nowoczesną elektroniką. Teraz mamy akustyczny
oddech. Owa zmiana dokonała się za sprawą... gitary. Najnowszy
instrument mistrza jest dziełem wybitnej kanadyjskiej lutniczki
Lindy Manzer (na jej gitarach gra m.in. Pat Metheny). Artysta
odnalazł w nim duszę, która zainspirowała jego nowe brzmienie i
nowe kompozycje (on sam jest autorem całego materiału, z
wyjątkiem The Long and Winding Road Beatlesów). Technika
Marka Napiórkowskiego (owoc wielkiego talentu i nie mniejszej
pracowitości) słusznie imponuje nam od dawna – na „Wolno”
gitarzysta daje dowody najwyższej subtelności, tu nawet
temperatura barw wydaje się zmieniać! Wśród gości m.in. Anna
Maria Jopek, Mino Cinelu i bardzo interesujący Gregoire Maret na
harmonijce.
..::do góry::.. ////
..::Akustyczne granie mistrza Napióra::.. //"Gazeta
Wyborcza"//
"Gazeta Wyborcza", Wrocław, 30 lipca 2007, autor: Adam
Domagała
Ukazała się nowa płyta Marka Napiórkowskiego. Były
jeleniogórzanin i wrocławianin, dziś mieszkaniec stolicy,
zaprosił do współpracy znakomitych muzyków z Polski i Europy.
Efekt tej pracy olśniewa.
Marek Napiórkowski idzie
jak burza. Gra jazz (a jako muzyk sesyjny nagrywa dosłownie
każdy gatunek muzyki, od popu po filmowe ścieżki dźwiękowe),
komponuje, uczy. Karierę zawodowego muzyka rozpoczął we
Wrocławiu. Na stałe gra w zespołach Anny Marii Jopek, Henryka
Miśkiewicza i Doroty Miśkiewicz, regularnie współpracuje m.in. z
Ewą Bem, Krzysztofem Ścierańskim. Z Arturem Lesickim
współlideruje zespołowi Funky Groove, na dodatek ma własny
kwartet - NAP.
Na swój autorski debiut
muzyk znany z ponad setki płyt innych artystów czekał do 35.
urodzin. Teraz, dwa lata od elektrycznego albumu NAP,
Napiór - jak nazywają go przyjaciele - wydał kolejną płytę.
Zupełnie inną od poprzedniczki, dużo dojrzalszą i - choć jest to
muzyka bardzo wyrafinowana i kameralna - adresowaną do większego
grona słuchaczy.
Ważna jest informacja, od
której zaczynały się prasowe komunikaty o tej premierze:
Napiórkowski całą muzykę zarejestrowaną na Wolno nagrał
na gitarze akustycznej, zbudowanej przez znakomitą lutniczkę z
Kanady Lindę Mazner. To instrument, który powstał w tej samej
pracowni w Toronto, co słynne gitary Pata Metheny'ego - i ta
zbieżność, duchowy, by tak rzec, patronat amerykańskiego
geniusza, jest słyszalny niemal w każdej nucie. Wolno -
której kręgosłupem jest współpraca grającego na gitarze
akustycznej Napiórkowskiego i kontrabasisty Roberta Kubiszyna -
nie jest jednak efektem epigońskiej postawy wobec słynnej płyty
Beyond the Missouri Sky Metheny'ego i Charliego Hadena.
Owszem, uroda i bezpretensjonalność melodii skomponowanych przez
Napiórkowskiego przywodzi na myśl dokonania mistrza Pata, ale
już pomysł na to, jak w tej dyskretnej poetyce wykorzystać
perkusję (Michał Miśkiewicz), fortepian (Michał Tokaj),
fluegelhorn (Robert Majewski) i harmonijkę ustną (Gregoire Maret),
jest patentem autorskim i niepodważalnym walorem nagrania.
Marek Napiórkowski: -
Wolno jest apoteozą chwili. Pochwałą czystego, akustycznego
brzmienia i piękna, jakie w nim tkwi od zawsze.
Nic dodać, nic ująć.
Wolno zachwyciło mnie przy pierwszym przesłuchaniu i nie
przestaje zachwycać przy bodaj już trzydziestym. Ciągle odkrywam
tę muzykę - tak pełną niuansów, a jednocześnie uwodzącą prostotą
(pozorną, naturalnie, bo co się muzycy przy tych piosenkach
namęczyli - to ich).
Osiem z dziewięciu
utworów napisał sam Napiórkowski. Płytę rozpoczyna wersja
beatlesowskiej piosenki The Long and Winding Road.
Harmonię określają mocne, kontrabasowe nuty, rytm - "szurająca"
perkusja, a całość oplata fortepianowy ornament.
W mrocznym The Sum of
All Days temat grany jest na fluegelhornie przez Roberta
Majewskiego. W nim najlepiej uwidacznia się
kompozytorsko-aranżerski zamysł lidera: Napiórkowski, sam
wirtuoz najwyższego lotu, często rezygnuje z zawłaszczenia całej
muzycznej przestrzeni. Czasem całkowicie ustępuje pola innym -
np. Vietato Fumare to popis Gregoire'a Mareta.
Z każdym następnym
numerem jest jeszcze ciekawie i piękniej. Moje ulubione
kompozycje to ballada tytułowa i piosenka Ravelo (z
wokalizą Anny Marii Jopek zamiast słów), ubarwiona dyskretnym
brzmieniem przeszkadzajek Mino Cinelu. Muzyka co jakiś czas
wymyka się z ram nakreślonych przez kompozytora, oddalając się w
rejony swobodnej, ale bardzo mądrej improwizacji. I to właśnie
umiejętność oderwania się od tego, co w nutach, a potem
bezpieczny powrót we właściwym momencie jest największym atutem
tej płyty.
..::do góry::.. ////
..::Nawiązania do ECM Records::.. //za www.InfoMusic.pl//
czerwiec 2007, autor: Marek Dusza
Akustyczny album elektrycznego gitarzysty? A może lepiej: liryczna strona ekspresyjnego jazzmana?
To jednak zbyt lakoniczne stwierdzenia by oddać bogactwo nastrojów, jakie znajdziemy na nowej
płycie Marka Napiórkowskiego Wolno.
Zachwyt nad brzmieniem akustycznych instrumentów przeplata się tu z uznaniem dla kunsztu wykonawców.
Napiórkowski zaprosił do studia kwartet, z którym często występuje i ufa wyobrani każdego z muzyków:
pianisty Michała Tokaja, basisty Roberta Kubiszyna i perkusisty Michała Miśkiewicza. W studiu spotkali
się też wyjątkowi goście. Niesamowity wirtuoz harmonijki ustnej Gregoire Maret, którego docenili już
wcześniej m. in. Cassandra Wilson i Marcus Miller. Teraz jego solówki podnoszą temperaturę albumu Wolno.
Cudownie romantyczną partię na trąbce skrzydłówce zagrał Robert Majewski. I wreszcie jedyna piosenka Ravelo
w wykonaniu Anny Marii Jopek z udziałem magicznych instrumentów perkusyjnych Mino Cinelu.
Marek Napiórkowski skomponował niemal cały repertuar albumu. We wspomnianej piosence znaczący udział miała
Anna Maria Jopek, ale płytę
rozpoczyna standard. Znany, popularny, ale tu niełatwo rozpoznawalny. W piosenkę Beatlesów The Long and
Winding Road muzycy włożyli tyle uczucia, że pieszczą każdą nutę stawiając tę interpretację wśród
najwybitniejszych i to w światowej skali. Co oznacza tytuł Wolno? Czy powolne tempo utworów? Tak, choć
Napiórkowski wie doskonale, kiedy przyspieszyć tempo by utrzymać dramaturgię kompozycji. A może wszystko
tu wolno? Tak, wszak to muzyka improwizowana, w której jedno mocniejsze szarpnięcie strun, czy silniejsze
uderzenie w klawisze czy bębny zmienia ekspresję muzyki i kierunek, w którym musi podążyć reszta zespołu.
Ten album ma jeszcze jedną cechę, którą lubię i cenię najbardziej. Został zarejestrowany w studio na żywo,
bez nakładek i dogrywek. A że czuję się, jakbym tam był obecny to zasługa wszystkich, również realizatora nagrania.
..::do góry::.. ////
..::NAP w Tygmoncie::.. //"Gazeta
Wyborcza"//
"Co jest grane?", Warszawa, 16 czerwca 2006, autor: Piotr Iwicki
Przez trzy wieczory na estradzie Jazz Clubu Tygmont gościć
będzie jeden z najlepszych polskich zespołów elektrycznego jazzu
- formacja NAP, na czele której stoi wybitny gitarzysta Marek
Napiórkowski.
Popularny Napiór często określany jest jako gitarzysta łączący w
jedność wyobraźnię i elegancję Pata Metheny'ego, rockowy pazur
Scotta Hendersona i swingujący zmysł George'a Bensona. Jednak
tym "czymś" za co kochają go fani jest niepowtarzalność. Choć tu
i tam słychać pewne odniesienia, to nie są to jednak kalki,
kopie czegoś, co już było. Atutem lidera jest też umiejętność
tworzenia fraz komunikatywnych. Napiórkowski nie brnie w
wydumanie, jazz, na którym poznać się mogą tylko... jazzmani.
Sam czasami wręcz używa dla swojej muzyki zwrotu "półjazz". Tak
czy inaczej, tego co gra świetnie się słucha bez względu na to
czy jest się jazzowym żółtodziobem , czy też erudytą oczekującym
swingującej rewolucji. Napiór zwyczajnie wie, o co w tej zabawie
chodzi, a poszczególne klocki tej układanki zna jak mało kto nad
Wisłą.
Na scenie obok lidera zobaczymy Piotra Wyleżoła (instrumenty
klawiszowe), Roberta Kubiszyna (bas) i Roberta Lutego (bębny).
..::do góry::.. ////
..::III Zakopiańska Wiosna Jazzowa::..
//"Jazz Forum"//
fragment, nr 6/2006, autor: Bogdan Chmura
Kolejny wieczór z laureatami Jazz Top 2005 rozpoczął Marek
Napiórkowski i jego zespół (Piotr Wyleżoł, Robert Kubiszyn,
Robert Luty). Słuchaliśmy kompozycji z nowego i wciąż świetnie
przyjmowanego albumu lidera NAP, a więc muzyki
różnorodnej w charakterze, kolorowej, pełnej przestrzeni i
energii. Cały występ został żywo przyjęty przez publiczność;
owacjami nagradzano wirtuozowskie i pomysłowo skonstruowane
solówki gitarzysty oraz postawę pozostałych członków zespołu, w
tym perkusistę Roberta Lutego, grającego także na egzotycznym
bębnie udu. Występ Napiórkowskiego miał również doniosłe
konsekwencje meteo: nareszcie przestało padać!
..::do góry::.. ////
..::Jazz Kameralnie::..
//"Częstochowska Gazeta Klubowa 42-200"//
nr 1/2006, autor: Michał Walczak
"Jazz Kameralnie" to cykl
koncertów organizowanych przez OPK Gaude Mater. Po basowych
popisach Krzysztofa Ścierańskiego i jego trio przyszedł czas na
kawałek solidnego gitarowego jazz-rocka.
W roli głównej wystąpił Marek Napiórkowski - według autora
recenzji - najwszechstronniejszy polski gitarzysta. Gitary Marka
słychać w większości dobrych krajowych produkcji ostatnich lat -
od popu po akustyczny jazz. Koncert w Częstochowie był czwartym
z trasy koncertowej promującej solowy album Napiórkowskiego
NAP ('05). Oprócz lidera usłyszeliśmy basistę Roberta
Kubiszyna, perkusistę Roberta Lutego i Piotra Wyleżoła na
instrumentach klawiszowych.
Na koncert złożyły się głównie dość trudne harmonicznie tematy
utrzymane w stylistyce fusion, a których korzeni moglibyśmy
szukać w muzyce Weather Report czy Johna Scofielda. Nie zabrakło
też nastrojowych ballad - tu mistrzostwo w grze na gitarze
akustycznej zaprezentował się sam lider.
Jednak na szczególną uwagę zasługiwała gra Kubiszyna, który
potrafił umiejętnie połączyć rytm z harmoniami fortepianu i
gitarą lidera. W partiach solowych błyszczał wyobraźnią i
warsztatem, zachowując przy tym niezwykłą "czujność" na
wydarzenia i dźwięki na scenie.
W sumie bardzo udany koncert, a a popularności Marka
Napiórkowskiego i jazz-rocka w ogóle świadczyła wypełniona po
brzegi (w większości przez młodych ludzi) sala Gaude Mater.
Przypominam również, że Marka Napiórkowskiego i Roberta
Kubiszyna będziemy mogli posłuchać na kolejnym koncercie cyklu
wraz z zespołem Full Drive Henryka Miśkiewicza.
..::do góry::.. ////
..::Gitarowe debiuty z Polski::..
//"Gazeta Wyborcza"//
1 sierpnia 2005, autor: Adam Domagała
Pierwszy autorski album Marka Napiórkowskiego, "nadwornego"
gitarzysty Anny Marii Jopek i współlidera wrocławskiego zespołu
Funky Groove, to owoc wielu lat grania praktycznie wszystkich
rodzajów muzyki rozrywkowej, komponowania do szuflady i
zaprzyjaźniania się z topowymi artystami - na płycie gościnnie
udzielają się Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz i Anna Maria
Jopek.
NAP to płyta dojrzała, przemyślana, doskonale zagrana i
nagrana.
Echa najsłynniejszych jazz-rockowych zespołów - Return to
Forever, Weather Report i Pat Metheny Group (sprzed mniej więcej
dwudziestu pięciu lat) - są tu wyraźne. Ale przecież to nie
skojarzenia z przeszłością stanowią o możliwym sukcesie rynkowym
tego niszowego nagrania. Lata współpracy z gwiazdą popu
sprawiły, że Napiórkowski świetnie wie, kiedy wyhamować, by nie
zderzyć się z gustem odbiorcy, który niekoniecznie lubi
bezkompromisowe improwizacje. Nawet kiedy zespół rozpędza się, a
dynamika sięga poziomu fortissimo, pozostajemy w bezpiecznym
melodyjnym świecie czytelnych harmonii. Lider i kompozytor
wszystkich utworów potrafi zagrać z heavymetalową ekspresją (Twist
or Blues?), potrafi też ukoić nerwy akustyczną "piosenką bez
słów". Only a Night Away z udziałem Jopek stanie się
zapewne handlową lokomotywą albumu, choć jego najjaśniejszy
klejnot to akustyczny duet z Leszkiem Możdżerem. Szkoda, że taki
krótki.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Rzeczpospolita"//
fragment, 29 lipca 2005, autor: Marek Dusza
Muzyka: Nowe albumy Anny Marii Jopek, Leszka Możdżera i Marka
Napiórkowskiego. Zagranicznie, jazzowo, klasycznie...
Dwie czołowe postacie sceny jazzowej (i nie tylko): wokalistka
Anna Maria Jopek i pianista Leszek Możdżer, wydały nowe albumy.
Płytę Secret artystka skierowała przede wszystkim do
swoich zagranicznych fanów, natomiast album Live in Warsaw
zawiera nagranie koncertu, jaki Możdżer dał w duecie z
wiolonczelistą Adamem Klockiem w 1999 r. Do tych utytułowanych
artystów dołącza swą debiutancką płytą NAP gitarzysta
Marek Napiórkowski, znany z zespołu Anny Marii Jopek. (...)
Ten ostatni należy do ścisłej czołówki polskich gitarzystów
jazzowych. O jego grze z uznaniem wypowiadał się sam Pat Metheny.
Teraz Napiórkowski prezentuje autorskie dzieło NAP
nagrane z muzykami, z którymi tworzy zespół akompaniujący Annie
Marii Jopek: basistą Robertem Kubiszynem i Henrykiem
Miśkiewiczem. Gościnnie wystąpiło tu aż trzech pianistów -
Możdżer, Krzysztof Herdzin i Piotr Wyleżoł. Album ma mocne
jazzowe momenty w solówkach lidera, ale jego melodyjne
kompozycje nasuwają skojarzenia z bardziej popularną muzyką.
Prawdziwą ozdobą płyty są wokalistki: Anna Maria Jopek,
śpiewająca po angielsku napisaną wspólnie z Napiórkowskim
piosenkę Only a Night Away do słów Niny Madhoo, oraz
Dorota Miśkiewicz. Jej sugestywne wokalizy tworzą z gitarą
intrygujący dwugłos. Jak zawsze na najwyższym poziomie zagrał
swoje partie Leszek Możdżer. (...)
..::do góry::.. ////
..::Czary gitary::.. //"Wprost"//
nr 28/2005
Miękkie głosy Anny Marii Jopek i Doroty Miśkiewicz, pianistyka
Leszka Możdżera i Krzysztofa Herdzina, saksofon Henryka
Miśkiewicza...
To nie tylko to, co w jazzie mamy najlepsze, ale także część
"zespołu marzeń", z jakim nagrał swój piękny album Marek
Napiórkowski. Podobnie jak Pat Metheny polski mistrz gra swoje
kompozycje na kilku gitarach i również w klimacie trudno uniknąć
porównań z twórczością Metheny'go. Na tym jednak analogie się
kończą, bo udział gwiazd spowodował, że NAP nie jest
zdominowany przez sprawcę przedsięwzięcia. Najbardziej
elektryzujący utwór z albumu In Between to zapierający
dech, brawurowy pojedynek Napiórkowskiego z Możdżerem, a
najpiękniejszy - jedyna na płycie piosenka śpiewana przez Annę
Marię Jopek. W całości pierwsza światowa liga! (JM)
..::do góry::.. ////
..::Marek Niedźwiecki poleca::..
//"Wprost i Kultura"//
Warszawa, 18-31 lipca 2005
Marek Napiórkowski na co dzień gra na gitarze w grupie Anny
Marii Jopek. Szefowa pozwala mu jednak na skoki w bok i całe
szczęście, bo to wspaniały skok! Takiego jazzu mogę słuchać
zawsze! Muzyka i granie to pasje Marka. Bawi się dźwiękiem.
Tworzy cudowne nastroje. Więcej rekomendacji nie trzeba. Dodam
tylko, że udało mu się zaprosić do realizacji albumu swoich
kolegów po fachu. Pierwsza liga. Piosenkę Only a Night Away
śpiewa Anna Maria Jopek. W chórkach pojawia się Dorota
Miśkiewicz. Listę gości uzupełniają Henryk Miśkiewicz, Robert
Kubiszyn, Robert Luty, Krzysztof Herdzin, Piotr Wyleżoł, Tomasz
Kałwak i Leszek Możdżer, którego fortepian w utworze
Niedopowiedziane to mistrzostwo świata i okolic! Już dziś
jedna z moich ulubionych jazzowych płyt roku.
..::do góry::.. ////
..::Recenzja::.. //"Zwierciadło"//
wrzesień 2005, autor: Daniel Wyszogrodzki
Ten album przekonuje ostatecznie że Marek Napiórkowski to juz
dzisiaj prawdziwy PGR (tu: Pierwsza Gitara Rzeczpospolitej).
Młody gitarzysta wyrósł na naszych oczach na prawdziwego
mistrza, umie zagrać wszystko - wystąpił na przeszło 70 płytach.
Jest jednym z współtwórców kariery Anny Marii Jopek, która
śpiewa gościnnie w kompozycji Only a Night Away.
Gitarzyście towarzyszy tu m.in. Leszek Możdżer i Henryk
Miśkiewicz.
Muzyka Napa jest eklektyczna, słychać w niej wpływ wirtuozów
instrumentu: od wielkiego Johna McLaughlina po modnego Pata
Metheny (poprzez Scofielda, Frisella czy Sterna). Niech to
jednak nie zabrzmi jak zarzut. Napiórkowski posiadł
encyklopedyczną znajomość gitarowych technik, ale wykorzystuje
je z lekkością, wdziękiem i siłą. I w tym jest sobą!
..::do góry::.. ////
..::Drogi Napiórze::.. //"Jazz
Forum"//
nr 7-8/2005, autor: Piotr Iwicki
Drogi Napiórze! Nie ukrywam, ze czekałem na ten album z
ciekawością, bowiem znając Twoje artystyczne horyzonty, ściślej,
ich stylistyczną rozległość, można było spodziewać się niemal
każdej muzyki. Ty wybrałeś tylko pewien mały wyrywek, gdzieś
między elektrycznym graniem w konwencji Frisella (Niedopowiedziane),
dynamiką Hendersona (Vicious Desire), dźwiękową retoryką
Holdswortha (In Between), tu i tam podszytą czymś co
kochamy w Sternie i Abercrombie'm. Na dobrą sprawę, po
kilkukrotnym przesłuchaniu krążka, mógłby zakończyć tutaj
pisanie do Ciebie, oświadczając, że pewnie część gitarowej braci
będzie miała za złe Tobie, że nagrałeś tak piękny i mądry album,
którego każdorazowe przesłuchanie ujawnia "smaczki", ot
dźwiękowe ciekawostki, a poprzeczka zawieszona przez Ciebie, to
dla większości, rzecz nie do przeskoczenia. Cieszy mnie, że w
improwizacjach nie zatracasz melodyjności (NAP) na rzecz
banalnych, gitarowych progresji, jak i to, że nie boicie się z
twoją znakomitą kompanią uciekać do żartu (vide solo Możdżera w
In Between). Nagrałeś bardzo kolorową płytę, na której
soczyste brzmienie fendera Piotra Wyleżoła, jak choćby Twist
or Blues? przenosi nas duszą do czasów wczesnego GRP Records
Dave'a Grusina i Lee Ritenoura, a konkuruje z ciepłem głosu Anny
Marii Jopek. To, że artystycznie znacie się jak przysłowiowe
"łyse konie", pisać po waszych koncertowych maratonach, nawet
nie wypada. Phil Collins mawia, że jeśli bębny w zespole brzmią
dobrze, to cały zespół brzmi świetnie. Co tu ukrywać,
zaangażowanie Roberta Lutego, chyba odrobinę niedocenionego
drumera na naszej scenie, w moich oczach jawi się jako pokerowa
zagrywka. To właśnie on w dużej mierze przesądza o energii w
tych kompozycjach, które stylistycznie odwołują się do szeroko
pojmowanego nurtu fusion. Potrafi jednak delikatnie muskać
blaszki i szczotkować bębenki tam, gdzie wypada to zrobić choćby
po to, aby z instrumentu zmieść kurz prawie rockowej energii
(nastrojowa ballada Only a Night Away). Chyba najlepszym
komplementem dla artysty działającego na europejskim rynku, jest
opinia, że jego muzyka nie idzie na pasku światowych mód, a jego
frazy nie amerykanizują się pod dyktando innych gitarowych
tuzów. Na tym kończę tych kilka zdań, i idę kolejny raz nacisnąć
klawisz "play" w moim odtwarzaczu, w kieszeni którego Twój album
zamieszkał chyba na dłużej.
..::do góry::.. ////
..::NAPomnienie gitary::.. //"The
Teacher"//
autor: Stanisław Wanatowicz
Doczekaliśmy się wreszcie autorskiej płyty Marka Napiórkowskiego
- postaci wybitnej na polskiej scenie jazzowej pod każdym
względem. Fakt, czekać musieliśmy bardzo długo, ale jak poucza
doświadczenie - cierpliwość się opłaca. Tak też jest w przypadku
albumu NAP.
W zasadzie recenzję tej płyty mógłbym zakończyć na wymienieniu
samych osobistości, które brały udział w jej tworzeniu. Postaci
takie jak: Anna Maria Jopek, Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz,
Dorota Miśkiewicz czy Krzysztof Herdzin są wystarczającą
rekomendacją nie tylko do jej przesłuchania, ale i pozytywnej
oceny. Świadomie łamiąc w tym miejscu dziennikarską zasadę
pozwolę sobie powiedzieć, że niemożliwe jest negatywne ocenienie
albumu. Nawet, jeśli już próbuje się w niej znaleźć słabe strony
to jest to zadanie żmudne i ciężkie!
Jak to bywa z płytami tego gatunku, może on trafić w ręce
słuchacza przypadkowego, albo w ręce jazzowego fanatyka. Ten
pierwszy prawdopodobnie zasłyszy płytę przypadkiem, w
niewyjaśnionych bliżej okolicznościach (nawiasem mówiąc: polski
rynek muzyczny tego typu produkcje ma przeważnie w głębokim
poważaniu, ale wszak nie o tym mowa). Co do jazzowego fanatyka,
to kieruje się on łapczywą ciekawością, a szanse na zawód
NAP-em ma znikome.
Osobiście łatwiej jest mi ocenić płytę z poziomu "amatora".
Bliżej jest mi do takiej postawy, niźli jazzowego "wyjadacza",
który dostrzeże w niej liczne zapewne wątki, motywy i nawiązania
do szeroko pojętej klasyki jazzu i nie tylko (czyż solo Możdżera
w In Between nie wywodzi się z jobimowskiego Girl from
Ipanema?). W NAP-ie uderza przede wszystkim
liryczność kompozycji. Brylanty, które świecą najjaśniej to
Wciąż się śnisz i Niedopowiedzenie. Są to kawałki
idealne na romantyczną kolację, albo na zwykłe pogaduszki w
dusznym pubowym pomieszczeniu. Napiórkowski jednak atakuje
mocniejszymi utworami nawiązującymi do bluesowych standardów i
funkowego grania. I są one ważne! Bez nich płyta zamieniałby się
w romantyczną balladę - perfekcyjnie wykonaną, ale jednak dość
tendencyjną. Tymczasem album jawi się jako różnorodny i barwny,
miejscami frywolny, szybki, dynamiczny, by w innych miejscach
zwolnić w nostalgicznym tonie. Żaden artysta grający na tym
albumie z Napiórkowskim na czele nie przekracza pewnej granicy,
która pozwala zakwalifikować płytę do klasyki, a nie
eksperymentalnego grania na pograniczu gatunków. Zwolennicy
eklektyzmu muzycznego mogą być więc zawiedzieni, podobnie jak
amatorzy syntezy jazzu z elektroniką, która na płycie Napa
występuje w ilościach znikomych. Być może w płycie NAP
chodzi o coś zupełnie innego... Parę charakterystycznych, łatwo
wpadających w ucho akordów z otwierającego album Levitation
znakomicie wprowadzają nas w klimat podróży, w jaką chce nas
zabrać Napiórkowski. Oczywiste jest, że nie każdy w tej podróży
wszystko od razu polubi, bowiem ta w samej swojej definicji jest
w pewnych miejscach niewygodna i trudna. Istotą udanej podróży
jest natomiast fakt zadowolenia jej uczestnika i wspomnień,
jakie w nim pozostawia. A tego albumowi NAP odmówić nie
można.
Nawet jeśli zamiast gitary wolimy coltrane'owski saksofon albo
davisowską trąbkę to i tak NAP-a warto posłuchać. Choćby
po to, aby zaznajomić się z tym gatunkiem jazzu. Dla nielicznych
"przypadkowych słuchaczy" płyta ta może być dobrą lekcją, która
może przerodzić się w "nawrócenie". Dlatego polecam ją
wszystkim, przede wszystkim zaś "przypadkowemu słuchaczowi",
bowiem żadnego jazzomaniaka, zwłaszcza konesera gitary, do
konsumpcji tej płyty namawiać nie trzeba.
..::do góry::.. ////
|